• Wpisów: 176
  • Średnio co: 10 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 22:12
  • Licznik odwiedzin: 19 547 / 1944 dni
 
fuckingmemories
 
   Elizabeth siedziała w domu na kanapie, z kubkiem herbaty między kolanami. Aromat napoju unosił się w całym pokoju, maskując zapach ziół. Cóż, nie ma się co dziwić. W końcu mieszkała z miejscową zielarką – Veronicą Selfish.
- Twoja babcia była cudowną kobietą.
   Elizabeth z zamyślenia wyrwał donośny głos starszej pani. Rozejrzała się po pokoju, ale nie zobaczyła nikogo. Dopiero po chwili Veronica weszła do salonu z kubkiem w ręce. Jej siwy warkocz sięgał pasa, bordowa suknia ziemi, a sweter połowy uda. Jej pomarszczona twarz była przyjazna, ale zniechęcać mogło jej podejrzliwe spojrzenie. Zawsze powtarzała: „Nauczyłam się ludzi na pamięć. Wiem, kto jest dobry, a kto zły. To widać na pierwszy rzut oka”. Taka była już Veronica: zamiast podać komuś rękę na powitanie, najpierw mierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Z drugiej strony nic dziwnego – żyła już osiemdziesiąt osiem lat.
   Veronica usiadła naprzeciwko Elizabeth i utkwiła wzrok w niskim stoliku. Nagle uśmiechnęła się lekko.
- Wiesz, że gdyby nie twoja babcia, nie siedziałabym teraz obok ciebie? – zapytała, ni odrywając wzroku od mebla.
- Jak to? – Elizabeth drgnęła.

                   *

- Pomocy! Ta kobieta potrzebuje pomocy!
   Mężczyzna przekrzyczał wszystkie świergoczące gospodynie na hałaśliwym targu. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Wymachiwał rękami w górze, biegnąc przed siebie. Nieustannie krzyczał „Pomocy! Ratunku!”.
   Odwróciłam się od sprzedającego mi jabłka mężczyzny i wybiegłam wołającemu naprzeciw.
- Ratunku! Niech jej ktoś pomoże!
- Hej, uspokój się. – Chwyciłam go za ramię i szarpnęłam. – Gdzie jest ta kobieta?
- Pomożesz jej? – zapytał cicho.
- Jeśli mnie do niej zaprowadzisz.
   Skinął głową i pospiesznie ruszył wzdłuż straganów. Czułam na sobie wścibskie i przenikliwe spojrzenia kobiet, czekających na sensację.
- No to Harold sobie nieźle życie poukładał, biedaczyna – szeptały zawistnie.
   Starałam się nie zwracać na nie uwagi. Mogłam pomóc kobiecie, o której mówił ten mężczyzna. Nic mnie teraz nie może wytrącić z równowagi.
   Skręciliśmy z placu targowego w wąską uliczkę. Pod drzwiami jednego z domu przesunął się, bym mogła przejść. Wewnątrz zobaczyłam leżącą na ziemi ciężarną kobietę. Nie, wróć. Leżącą na ziemi w kałuży krwi ciężarną kobietę. Jęczała cicho, oddychała wolno.
- Moje dziecko… Moje biedne dziecko…
   Przyjrzałam się jej badawczo. Męczyła się tu od kilku godzin, a dziecko wciąż było wewnątrz niej. Nie było na co czekać.
- Hej! – zwróciłam się do mężczyzny w drzwiach. – Przynieś misę z wodą, koc i coś do starcia krwi.
   Kobieta patrzyła na mnie przerażonymi oczami, w których błyskała nadzieja.
- Spokojnie – powiedziałam do niej. – Przyjmę poród. Dasz radę?
   Kiwnęła głową.

   Po trzydziestu minutach patrzyłam na śpiącą rodzinę. Matka spała w łóżku, przytulając do siebie lekko kocyk z dzieckiem. Dziewczynka trzymała mamę za palec. Mężczyzna, który okazał się sąsiadem kobiety, pomógł mi sprzątać w domu, a teraz wrócił na targ. Czekałam cierpliwie, aż młoda mama się obudzi.
   I wtedy nastąpiły komplikacje. Dziewczynka w ramionach matki zaczęła się dusić. Kobieta obudziła się i prosiła mnie o pomoc. Wzięłam do siebie małą i położyłam jej dłoń na piersi. Zamknęłam oczy i pozwoliłam zmysłom działać. Czułam, jak w żyłach wraca krążenie, serce zaczyna bić regularnie, duszności ustępują. Powoli otworzyłam oczy. Dziewczynka patrzyła na mnie spokojnie, uśmiechała się. Jej matka miała usta otwarte ze zdziwienia.
- Kim jesteś? – zapytała mnie cicho.
- Jolene Grier – odpowiedziałam, oddając dziewczynkę w jej ręce. – Gdyby coś się działo, znajdź mnie natychmiast. Niewiele brakowało jej do śmierci.
   Po tych słowach wyszłam na ulicę. Odwróciłam się jeszcze, by odpowiedzieć kobiecie na jej szczere „dziękuję”.

               *

- Ty byłaś tą małą dziewczynką? – Elizabeth wierciła się niespokojnie na kanapie.
- Tak – odpowiedziała Veronica. – Moja mama jeszcze kilka razy mnie zaprowadzała do Twojej babci. Kiedy przykładała mi rękę do piersi, czułam… Jakby powstrzymywała duszności. Miałam problemy z krążeniem. Ona była jak najlepsze leki. Sprawiała, że wszystko wracało do normy.
   Elizabeth słuchała zielarki z uśmiechem na ustach, lecz nie była w stanie nic powiedzieć. Jej babcia uratowała życie tej kobiety!
- Jutro opowiem ci inną historię – ciągnęła Veronica. – Tylko ta jest o wiele bardziej nieprawdopodobna. Możesz mi w nią nie wierzyć, ale ja to widziałam na własne oczy. A teraz idę spać, już późno. – Podniosła się z fotela i skierowała w stronę swojej sypialni.
- Zaczekaj! – Elizabeth podbiegła do niej.
- Opowiesz mi coś o Haroldzie?
   Veronica spuściła wzrok.
- Jestem zmęczona, złotko – powiedziała. – Porozmawiamy jutro. Dobranoc.
- Dobranoc.
   Elizabeth udała się do swojego pokoju i wykręciła numer Morgany.
- Halo? – odebrała zaspanym głosem.
- No nie mów, że już śpisz – powiedziała zirytowana Eli.
- Kochanie, jest druga w nocy.
   Dziewczyna rzuciła okiem na zegar elektryczny. Zmarszczyła nos.
- Trudno, ta sprawa jest ważna – oznajmiła.
   Usłyszała ciężkie westchnięcie po drugiej stronie telefonu, ale zignorowała to.
- Porozmawiaj jutro ze swoją babcią i wypytaj ją o Jolene. O wszystko. Jej zdolności, jej miłości, zdrady i stosunek do ludzi – mówiła szybko i cicho, żeby nie obudzić Veronici.
- Zdrady? – Morgana była wyraźnie zaskoczona.
- Po prostu wypytaj, ona wie na pewno. A teraz dobranoc.
   Elizabeth wyłączyła komórkę i zasnęła w ubraniu, na pościelonym łóżku.

               *

   Dzwonek przy barze znowu zadzwonił, odrywając Simona od parzenia porannej kawy. Wychylił się zza drzwi na zaplecze i zobaczył tę brunetkę. Nie, chwila. Nie była brunetką. Jej włosy lśniły płomienną czerwienią.
- Simon!
   Jej głos był irytujący. Simon westchnął i podszedł do baru, skupiając się na pracy, a nie na głębokim dekolcie u bluzki dziewczyny.
- Podać coś?
   Anthea uśmiechnęła się zmysłowo. Spojrzał na nią z ukosa, ale wyraz jego twarzy pozostał obojętny.
- Ciebie mieć nie mogę, więc poproszę kawę.
   Pochyliła się do przodu i oparła ręce na blacie. Simon odwrócił wzrok, próbując nie patrzeć w dekolt seksownej dziewczyny. Zajął się parzeniem kawy, jednak ukradkiem obserwował zachowanie klientki. Bawiła się rudymi włosami, nakręcała je na palec, po czym głaskała nimi usta, i znowu nakręcała na palec. Odchrząknął i postawił przed nią białą filiżankę z kawą.
- Proszę bardzo – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
   Odwrócił się do niej plecami, by odstawić szklanki na półkę, ale poczuł szarpnięcie do tyłu. Odwrócił się. Palce Anthei trzymały brzeg jego kamizelki. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Natomiast ona uwodziła go dużymi oczami, ponętnymi ustami i tym ogromnym dekoltem. Simon podszedł bliżej baru i nachylił się nad kokietującą z nim dziewczyną. Zbliżył wargi do jej ucha, uśmiechając się przy tym czarująco.
- Mam dziewczynę – szepnął. – I tylko ona ma mnie na wyłączność. Ty dostałaś ode mnie kawę i nie licz na nic więcej.
   Oddalając się, spojrzał na nią, szczerząc się w uśmiechu. Anthea zbladła, by chwilę później zaczerwienić się ze złości. Wstała, rzucając banknot na blat.
- Reszty nie trzeba.
   Odwróciła się na pięcie i odeszła. Simon wziął banknot i schował go do kasy, śmiejąc się w głos i potrząsając głową.




___________

Po długiej przerwie dodaję 3 rozdział.
Proszę każdego czytającego o skomentowanie. Chcę wiedzieć, ile Was tu jest i czy dalsze pisanie ma sens. :)

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego