• Wpisów:183
  • Średnio co: 10 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 22:12
  • Licznik odwiedzin:19 282 / 1883 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kochani wiec tak.
Pinger mi nie działa, tylko na tel jestem w stanie coś zrobić.
Dziękuję za wszystkie nominacje - dodam jak tylko komputer przestanie się buntować.
Chyba nie będę kontynuować opowiadania, na pewno nie tu.
Zapraszam na mojego wattpada -> libra56
Tam jest odnowiona i dopracowana wersja NEXT
ZAPRASZAM <3
 

 
Amanda, Ruth i Virginia siedziały w głównym holu Liceum Artystycznego. Miały wolną lekcję, podobnie jak uczniowie skrzydła muzycznego. Na korytarzu pojawił się Simon ze swoim przyjacielem – Calebem.
Obaj mieli na sobie czarne rurki i czarne koszulki z logo ich ulubionego zespołu – Linkin Park. Wyglądaliby jak bracia, gdyby nie różniący ich kolor włosów: Caleb był blondynem, natomiast Simon miał ciemne włosy.
Chłopcy podeszli do dziewczyn i przytulili każdą z nich. Simon usiadł obok Gini i przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją w czoło i nie pozwolił się odsunąć, a ona odwróciła się w jego stronę. Caleb wcisnął się między Amandę i Ruth, zaszczycając Ruth długim spojrzeniem swoich niebieskich oczu.

*AMANDA*

Kiedy Caleb usiadł obok Ruth poczułam, że na mnie czas. Gin była zajęta Simonem, a Caleb wyraźnie chciał być z Ruth sam na sam. Westchnęłam i pozbierałam swoje rzeczy do torby. Kiedy wstawałam z ławki poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłam się.
- Gdzie idziesz?
Virginia oderwała się od Simona i patrzyła na mnie spokojnym, ale czujnym wzrokiem. Ja spojrzałam na Simona. Siedział wpatrzony w Gini jak w obrazek. Kochał ją tak mocno i okazywał jej to na każdym kroku. Ale po chwili spojrzał na mnie, lekko zmieszany.
- Zostań, Amy, ogarniemy się.
Mimo woli się uśmiechnęłam.
- Muszę oddzwonić, wrócę – powiedziałam, machając im telefonem przed oczami.
- Okej. – Usłyszałam w odpowiedzi.
Jednak oddalając się czułam na sobie wzrok Virginii. Odwróciłam się szybko. Zobaczyłam, jak oddycha z ulgą, kiedy minęłam drzwi toalety i wyszłam na zewnątrz.
Na placu szkolnym nie było nikogo poza mną. Chłodne powietrze otulało moją twarz, włosy tańczyły na wietrze. Mimo, że był początek października, w Kalifornii było szaro i zimno. Jeszcze tydzień temu biwakowaliśmy nad jeziorem, a dzisiaj? Bez kurtki i parasola lepiej nie wychodzić z domu.
Biwak. Rany, ale było fajnie. Wybraliśmy się do domku letniskowego należącego do rodziców Virginii, razem z Ruth, Simonem, Calebem i Alexem. Alex to kolega z zajęć. Jest wysoki, umięśniony i ma czarne włosy. Chodzi z nami na rysunek, ma ogromny talent. Jest całkiem miły, ale… No właśnie, ale.
Alex traktował dziewczyny jak zdobycze. Dawał każdej nadzieję, a po seksie zostawiał je same. Nie chciałam być jedną z nich.
Nagle poczułam czyjąś dłoń na plecach. Odwróciłam się.
- Hej maleńka – usłyszałam.
Alex stał przede mną, z czarującym uśmiechem na ustach. Jego zielone oczy były przymrużone, w policzkach ukazały się dołeczki.
- Cześć – odpowiedziałam.
- Co tam? Jakieś plany na dzisiaj?
- Nie, nie mam planów.
- Idealnie, bo ja też nie mam. – Uśmiechnął się jeszcze bardziej.

Zaraz, zaraz. Piątkowy wieczór, a ten chłopak nie ma planów? Chyba się przesłyszałam. Zmarszczyłam brwi.

- No co? To takie dziwne, że Alex Benson zaprasza Amandę Blake na randkę w piątkowy wieczór?

Chwilka. Co on właśnie powiedział?

- Szczerze, to tak.
- Nie daj się prosić.

Nie zgadzaj się.

- Zgoda.
- Wpadnę o ósmej – powiedział, po czym złożył pocałunek na moim policzku.
Stałam na dziedzińcu liceum, próbując zrozumieć, co wydarzyło się trzy sekundy temu. Nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Chyba świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.

*RUTH*

Ostatnia lekcja dłużyła mi się niemiłosiernie. Kto by pomyślał, że kiedyś będę się nudzić na lekcji rysowania. Spojrzałam na kartkę Virginii. Simon na jej rysunku był idealnym odzwierciedleniem chłopaka. Obraz wyglądał jak zdjęcie. Przeniosłam wzrok na swój rysownik. Mój stary dom w Sacramento – dwupiętrowy, biały budynek z ciemnym dachem. Wcześniej mieszkałam w bloku, ale kilka lat po wyprowadzce taty, mama kupiła ten dom na obrzeżach miasta. I to był jedna z jej najlepszych decyzji w życiu. Druga, to przeprowadzka do Monterrey.
W końcu zadzwonił dzwonek. Virginia szybko się pożegnała i wskoczyła do samochodu Simona. Była spięta i strasznie się spieszyła, ale nie mówiła, o co chodzi. Amanda też nie dopytywała. Wypiłyśmy kawę i pożegnałyśmy się – przyjaciółka pojechała razem z Noah.
Powoli ruszyłam w stronę przystanku, kiedy bordowy SUV zatrzymał się obok mnie. Przyciemniana szyba uchyliła się i zobaczyłam głowę Caleba.
- Wskakuj, Ruth! – Zawołał i uśmiechnął się pogodnie.
Odwzajemniłam to i otworzyłam drzwi auta. Zapięłam pas i odwróciłam głowę w jego stronę. Był blisko. Nachylał się nade mną i patrzył w moją stronę. Poczułam jego dłoń na mojej.
- Caleb – zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.
Chłopak zamknął moje usta pocałunkiem. Po chwili oderwał się ode mnie i spojrzał w moje oczy. Wplatając palce w jego włosy i przyciągając go do siebie dałam mu pozwolenie na więcej.

*VIRGINIA*

Simon zatrzymał samochód. Spojrzałam przez szybę na miejsce, które znałam tak dobrze, jak własny dom.
- Kochanie, będzie dobrze – powiedział Simon i pogładził mnie uspokajająco po udzie.
Odwróciłam głowę w jego stronę, przycisnęłam czoło do jego czoła i ścisnęłam dłoń.
- Boję się…
- Wiem. Ja też się boję. Ale przejdziemy przez to razem, tak?
Pocałowałam go w usta.
- Zawsze razem.
- Zawsze razem.
Wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi. Razem weszliśmy do kliniki onkologicznej.
Od razu udaliśmy się na drugie piętro, na sam koniec korytarza. Wszędzie było pusto, nawet w recepcji nikogo nie było. Usiedliśmy na „naszej ławce” – nikt na niej nie siadał, poza nami. Nieprzerwanie od pięciu lat.
Ławka była przy ogromnym oknie. Widok padał na centrum miasta. Ogromne skrzyżowanie, z niezliczoną liczbą tramwajów, autobusów i samochodów. Kiedyś liczyliśmy, ile przejechało żółtych, ile niebieskich, a ile czerwonych. Dzisiaj tylko siedzieliśmy wtuleni w siebie, pocieszając się nawzajem.
- Virginia Paige – usłyszałam głos recepcjonistki, niezmiennej od pięciu lat. Odwróciłam się w jej stronę. – Doktor Gilbert już czeka.



______________

Przepraszam, że tak długo czekaliście.
Czytasz = Komentarz

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Heej!
Chciałam życzyć Wam wszystkim szczęścia w Nowym Roku, zdrowia, spełnienia marzeń, mnóstwo uśmiechu, żeby wszystko szło po Waszej myśli, a zmiany następowały tylko na lepsze. ♥ Życzę Wam wspaniałych ludzi na swojej drodze, mile spędzonych chwil, dużo miłości w życiu, siły, odwagi i determinacji, żebyście się nigdy nie poddawali w dążeniu do swoich celów ♥
I żeby ten rok był dla Was jeszcze lepszy niż poprzedni ♥
 

 
Dziewczyny spędziły ze sobą miłe popołudnie, ale wszystko ma swój koniec. Pożegnały się i każda odjechała w swoją stronę. Amanda wcale nie chciała wracać. Modliła się, żeby jej autobus nie przyjechał. Rozważała, żeby w ogóle nie wracać, ale nie miałaby dokąd pójść, a nie chciała znowu zwalać się Virginii na głowę. Wracała więc do domu pustym autobusem, przeklinając się w myślach, że nie schowała tych pieprzonych żyletek.


*Amanda*


W progu powitał mnie Chester – mój pies. Polizał mnie po dłoni, ale szybko uciekł, kiedy na schodach stanął Noah. Pewnie wyczuł jego złość, bo schował się w najdalszym końcu ogrodu, a przecież już było ciemno.
Stanęłam naprzeciw Noah i spojrzałam mu w oczy. Znalazłam w nich wściekłość, furię, ale też smutek i … zrozumienie.
- Powiedz, że się mylę – szepnął.
Chciałam go zapewnić, że wszystko w porządku. Chciałam uświadomić mu, że najgorsze jest już za mną. Za nami. Ale Noah to mój brat i wie, kiedy kłamię.
- Przepraszam. – Tylko tyle mogłam powiedzieć.
Noah osunął się na schody i sztywno złapał moją rękę. Zabolało, ale nie pokazałam mu tego. Utkwił wzrok w moim nadgarstku, patrząc głęboko pod bransoletki. Jakby chciał znaleźć lekarstwo na przeszłość. Szloch wstrząsnął jego ciałem, kiedy usiadłam obok brata. Zobaczyłam łzę w kąciku jego oka. Objęłam go, wtulając twarz w jego ciepłą szyję.
- Ja cię przepraszam – zaczął cicho. – Nie potrafiłem cię ochronić.
Spięłam się, ale nie przestałam go obejmować. Milczałam.
- Nie umiałem ci pomóc. To wszystko moja wina.
- Ćśś… uciszyłam go. Zbliżyłam wargi do podłużnej blizny na jego szyi – „pamiątki”. Napiął mięsnie i gwałtownie wciągnął powietrze, ale nie wstał.
- Nawet siebie nie potrafiłem przypilnować… Amando… Przepraszam cię.
Przytulił mnie do siebie. Czułam jego ból i cierpienie, ale też jego nadzieję i miłość. Wlewał ją we mnie. Wiedział, że potrzebowałam tego bardziej. On już się z tym uporał, a ja… nie.
- Nie zatrudniłam cię do bycia moim ochroniarzem, Noah – powiedziałam.
- Nie musiałaś. Byłem nim, jestem i będę, a ty nie masz nic do gadania.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.


*Ruth*
Mama siedziała w kuchni, z nogami na stole i okularami na nosie. Czytała swoją ulubioną książkę: „Zdobywam zamek” Dodie Smith. Podeszłam do niej i pocałowałam ją w czoło.
- Dobranoc – powiedziała.
Weszłam do swojego pokoju i rzucając torbę na łóżko, położyłam się obok niej. Wlepiłam wzrok w biały sufit i próbowałam nie myśleć o niczym. Niestety, myśli zawsze przychodzą wtedy, kiedy ich nie pragniemy. Przypomniałam sobie ostatni rok.
Josh.
Kurwa, tęskniłam za nim.
Spędziliśmy razem cudowny rok. I mimo tych wszystkich kłótni i cichych dni… Był najlepszy.
Wszystko zaczęło się na imprezie u jego kumpla. Na początku tylko niewinnie tańczyliśmy, dużo rozmawialiśmy i w ogóle. Doszło między nami do pocałunku. Na początku oboje myśleliśmy, że to tylko imprezowy całus, ale okazało się inaczej. Szybko się w sobie zakochaliśmy. Spędzaliśmy razem każdą chwilę, w szkole i po. Chętnie mi pozował, kiedy rysowałam. Do tej pory mam pełno jego portretów. I pełno naszych zdjęć, których nie miałam serca spalić…
Było nam ze sobą naprawdę dobrze. Sprawiał, że zapominałam o wszystkich problemów w domu. Każdy jego dotyk wydobywał żar z mojego ciała, że chciałam więcej i więcej. Nigdy nie był w stosunku do mnie chamski czy nie fair. Szanował mnie, tak jak każdą inną kobietę. Oczywiście, kłóciliśmy się, ale nigdy jakoś bardzo poważnie.
Niestety.
Wszystko się kończy.
Josh był modelem. Dlatego tak lubił mi pozować. Ale robił to też przed obiektywem aparatu. I… nie zawsze mi się to podobało. Zapewniał mnie, że mnie kocha i tak dalej, że to tylko jego praca. I kiedy nie zgadzałam się na sesję z inną kobietą (zawsze dochodziło między nimi do zbliżeń), on akceptował. Do czasu.
Kiedy jego kumpel pokazał mi zdjęcia z sesji z cycatą, czarnowłosą modelką, myślałam, że zemdleję. Sesja była bardzo odważna, prawie jak do porno-magazynu. A on mi o tym nie wspomniał ani słowem.
Byłam załamana. Tłumaczył się, że to praca, że myślał o mnie, że chciał mi powiedzieć i tak dalej. Ale nie mogłam tego słuchać. Czułam, jak wali mi się świat. Chciałam z nim pogadać, wybaczyć mu, bo kochałam go najbardziej na świecie. Ale dowiedziałam się, że sesja z tą modelką nie była jednorazowa i że prywatnie też się spotykali. Nie wiem, po co. Danny, jego kumpel, wspominał kiedyś, że widział ich w parku, całujących się. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.
A jednak miałam.
Te wszystkie cudowne chwile, pocałunki, imprezy, rysunki, zdjęcia. Nie potrafiłam się od tego odciąć. Wylałam miliardy łez, nie przespałam tysięcy nocy. Czułam taką pustkę, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Całe moje życie straciło sens.
Josh odezwał się dopiero wtedy, gdy ta dziewczyna wyjechała. Myślałam, że nauczyłam się żyć bez niego, ale gdy usłyszałam jego głos wszystko wróciło. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi brakowało jego głosu…
Tylko wtedy ja sama szykowałam się do wyjazdu.
I tak skończyłam: leżę tutaj, w domu na przedmieściach Monterrey, dwieście kilometrów od mojego dawnego domu. Niczego nie żałuję i jestem szczęśliwa.

*Virginia*

Simon leżał na łóżku w moim pokoju i podziwiał efekt mojej pracy na zajęcia.
- Ładne – ocenił. – Nawet ładniejsze niż ty – dodał i wyciągnął do mnie rękę.
Ujęłam ją w swoją i pociągnęłam do siebie. Simon zerwał się z łóżka i stanął naprzeciwko mnie. Objął mnie w pasie jedną ręką, drugą włączając muzykę.
- Zatańczymy?
Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w szyje.
- Zatańcz sobie z moim rysunkiem skoro jest ładniejszy ode mnie – powiedziałam i przytuliłam się mocno do niego.
Poruszaliśmy się powoli, wsłuchując się w słowa piosenki „Maybe Someday” Bon Jovi. Simon zakreślał kciukiem kółka na moich plecach, a ja bawiłam się jego naszyjnikiem. Zawsze go nosił – duży, złoty krzyż na złotym łańcuszku. Był to prezent od jego babci, którą bardzo kochał i z którą rzadko się widywał. Zamknęłam oczy i mocniej go objęłam, a głowę położyłam na jego ramieniu. Poczułam ciepły oddech Simona na moim uchu.
- Kocham cię – wyszeptał i pocałował mnie w skroń.
- Wiem, kochanie. – Podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy. – Ale ja kocham cię jeszcze bardziej.
Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
Nie zauważyliśmy, kiedy piosenka zmieniła się na „Terrible things” Mayday Parade. Tańczyliśmy, stykając się czołami, z zamkniętymi oczami. Nagle Simon odsunął się ode mnie. Otworzyłam oczy. Nie było go przede mną.
Chciałam się odwrócić, ale poczułam jego rękę na moich plecach i drugą pod kolanami. Nagle znalazłam się w powietrzu i prawie krzyknęłam.
- Spokojnie, kicia, to tylko ja. – Jego głos był spokojny i czuły.
Zaniósł mnie pod okno i ułożył na parapecie. Sam usiadł obok mnie.
- Będzie ci zimno? – zapytał.
- Przy tobie nigdy.
Uśmiechnął się w odpowiedzi i podniósł moje okno do góry. Zwiesiliśmy nasze nogi z parapetu od zewnątrz, sami siedząc na wewnętrznym. Simon przytulił mnie mocno i oparł głowę o moją. Patrzyliśmy długą chwilę na gwiazdy, nie mówiąc ani słowa. W końcu Simon przerwał tę ciszę, mówiąc:
- Chciałbym, żeby ta chwila trwała wiecznie, aniele.
Moją odpowiedzią na to był pocałunek, który złożyłam na jego bladych ustach.


_____________

Don't fall in love - there's just too much to lose.
 

 
*Virginia Paige*

Wychodząc ze szkoły obiecałam Amandzie i Ruth, że zadzwonię do nich jak tylko odbiorę Lily spod szkoły. Jej Mała Akademia Muzyki Klasycznej mieściła się dwadzieścia kilometrów od mojego Liceum Artystycznego. Lilka grała na skrzypcach od trzech lat. Wszystko zaczęło się pewnego dnia, w szpitalu. Poznała tam Francescę, dziewczynkę rok starszą od niej (Lilka miała wówczas cztery lata), która już wtedy umiała grać proste piosenki. Akurat wtedy grała dla swojego brata, który leżał chory na białaczkę. Lilka nie była od niej gorsza, jeśli chodzi o sprawianie przyjemności choremu rodzeństwu, nie. Przynosiła mi swoje rysunki, śpiewała mi piosenki. Ale skrzypce zafascynowały ją tak bardzo, że rok późnie rodzice zapisali ją do Małej Akademii. Małej z tego względu, że uczono tam dzieci do piętnastego roku życia.
Droga zwykle zajmowała mi więcej czasu, bo korki w Monterey są częste. Jednak dzisiaj udało mi się je wyprzedzić.
Czekałam w samochodzie na Lilkę około piętnastu minut. W tym czasie dokańczałam mój rysunek na zajęcia – sens życia (Simon). Byłam pochłonięta cieniowaniem, gdy nagle drzwi mojego czarnego autka otwarły się z hukiem. Na fotel obok wpadła zziajana Lily, rzucając torbę pod nogi, a futerał ze skrzypcami kładąc powoli na kolanach. Spojrzałam na nią zaskoczona, a ona wyszczerzyła się, ukazując swoje szczerby w zębach i pocałowała mnie w policzek.
- Hej, Lil – powiedziałam.
- Hejka naklejka Gini! – krzyknęła.
Popatrzyłam na nią z ukosa, a ona, śmiejąc się, zapięła pas.
Wszyscy mówili, że Lilka jest małą wersją mnie (oczywiście mowa o wyglądzie). Jej włosy były proste i koloru piasku, podobnie jak moje. Nasze oczy były niebieskie jak fale oceanu (przez to połączenie piasku i wody rodzice nazywali nas syrenkami). Miałyśmy blade cery i szczupłe sylwetki, jak nasi rodzice. Różnił nas tylko charakter: ja zawsze byłam tą spokojniejszą syreną. Nie czarowałam każdego chłopaka – mój Simon był jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Za to moja siostra ma dopiero osiem lat, a kokietuje każdego słodkiego chłopca.
- Hejka naklejka? Jestem za stara na takie powiedzenia – powiedziałam odpalając samochód.
- Rzeczywiście, młoda już nie jesteś. – Popatrzyłam na nią najbardziej surowym wzrokiem, na jaki było mnie stać. – Eee… To znaczy… Masz swoje powiedzonka.
- Wybrnęłaś. – Rozczochrałam jej włosy prawą ręką, na co wydęła usta i zmrużyła oczy (co znaczy tyle, że pożałuję tego w domu). – Jak ci minął dzień?
Aż do otwarcia drzwi naszego domu słuchałam, jak jej kolega ze szkoły Jason rozpuścił jej warkoczyki, potem poplątał włosy, a na końcu roztargał jej nuty, po czym sam nie umiał zagrać piosenki (z nutami), co ona zrobiła perfekcyjnie bez nich.
- Mamo, wychodzę – oznajmiłam jej po obiedzie.
- Z Simonem? – Mama uwielbiała tego gościa. Wiedziała, jak wiele dla mnie zrobił i jak bardzo go kocham.
- Z dziewczynami z zajęć.
Wzruszyła tylko ramionami, a ja wyszłam z domu.

*Amanda Blake*

Autobus był przepełniony, ale Ruth i tak dopisywał humor. Śmiałyśmy się całą drogę spod szkoły do centrum Monterey. Po opuszczeniu pojazdu szybko zsunęłam bransoletki na nadgarstki i wstrzymałam oddech, kiedy zalała mnie fala bólu. Ręka pulsowała pod bandażem.
- Dokąd idziemy? – Głos Ruth wyrwał mnie z otępienia.
- Ee… - zająknęłam się, nie mogąc znaleźć słów. – A jesteś głodna?
Zawsze najprościej jest ominąć problem. Zbyt często stosowałam tę metodę.
- Właściwie trochę tak – odparła Ruth.
Ulżyło mi.
- W takim razie chodźmy do tego baru, mają dobre jedzenie i nie trzeba długo czekać.
Ruszyłyśmy w stronę baru, ale nie mogłam skupić się na rozmowie z Ruth. Opowiadała mi, dlaczego zaczęła rysować, ale nie potrafiłam jej słuchać. Po wejściu do restauracji udałam się szybko do łazienki.
Weszłam do kabiny i położyłam torbę na zamkniętym klozecie. Po kolei ściągałam bransoletki, które nagromadziłam w ciągu ostatnich trzech lat. Mniej więcej wtedy zaczęła się moja przyjaźń z żyletkami, nożami i wszystkimi ostrymi przedmiotami. Rodzice oczywiście nie zwrócili na to uwagi. W dzieciństwie lubiłam takie błyskotki, więc uznali chyba, że z tego się nie wyrasta.
Bandaż był koloru skóry, bo nie chciałam, żeby ktoś go widział. Nawet, jeśli chowałam go pod bransoletami. Zacisnęłam zęby gdy odwijałam go z nadgarstka, ale nawet to nie powstrzymało mnie przed syknięciem. Bandaż był mocno przyklejony do pociętej skóry. Musiałam oderwać go na siłę, żeby założyć drugi. Zagryzałam wargi z bólu, ale przecież wytrzymywałam już gorsze rzeczy. W końcu udało mi się i tkanina z powodzeniem wylądowała w koszu na śmieci.
Szybko owinęłam rękę czystym bandażem i założyłam bransoletki. Wyszłam z kabiny i umyłam dłonie, żeby zmyć krew, która spłynęła po palcach. Wycierałam je w ręcznik, kiedy zadzwoniła moja komórka.
- Hej Mandy, gdzie jesteście? – Pogodny głos Virginii sprawił, że uśmiechnęłam się lekko.
- W Fast&Easy przy Knockout Street. Jedziesz już?
- Tak, właśnie odpalam samochód. Będę za jakieś dwadzieścia minut.
- Zamówimy ci tortille.
- Nie trzeba, ale dzięki. To widzimy się za chwilę.
Wrzuciłam telefon do torby i wyszłam z łazienki, szukając wzrokiem Ruth.

***

Ruth siedziała w boksie koło okna i wpatrywała się w ruchliwą ulicę na zewnątrz. Ręce miała zaciśnięte na kubku coli. Amanda podeszła do niej po cichu i rzuciła torbę na stół. Dziewczyna podskoczyła i spiorunowała ją wzrokiem. Amanda wybuchła śmiechem i opadła na ławkę po drugiej stronie stolika.
- Wybacz, nie mogłam się powstrzymać – powiedziała.
- Prawie dostałam zawału… - wycedziła. – Nieważne.
- Przepraszam.
- Spoko – powiedziała z uśmiechem Ruth. – Słyszałaś o tej imprezie w weekend?
- Ee… Nie, chyba nie. – Amanda oparła głowę na otwartej dłoni. – Kto ją organizuje?
- Chłopaki z muzycznego. Może Virginia będzie coś wiedzieć.
- Co takiego będę wiedzieć?
Virginia stała przed stolikiem z rękami na biodrach i uśmiechała się uprzejmie. Usiadła obok Ruth i położyła ręce na stole. Spojrzała pytającym wzrokiem na koleżanki, ale w tym momencie zadzwonił telefon Amandy.
- Przepraszam – powiedziała i wstała od stołu.
Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Noah, jej brata bliźniaka. Odebrała telefon i wsłuchała się w jego drżący, ale surowy głos, krzyczący przekleństwa pod jej adres…








____________
Nuudaa, ale obiecuję więcej emocji w kolejnej części.
Co u Was?

P.S. Nie wiem, do kogo wysyłać wiadomości o nowym rozdziale
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
W skrzydle artystycznym zbierali się uczniowie. Powietrze pachniało potem, świeżymi kwiatami, nowymi rysownikami i ołówkami. Amanda zajęła swoje miejsce sprzed zeszłego roku, a torbę położyła na miejsce obok.
- Zajęte – warknęła na chłopaka, który chciał usiąść na wolnym krześle.
Ruth szukała wzrokiem wolnego miejsca, ale wolne było tylko po drugiej stronie „agresywnej dziewczyny”, która przed chwilą zaatakowała niewinnego ucznia. Mimo to ruszyła wolnym krokiem w stronę Amandy.
- Przepraszam, to miejsce jest wolne? – zapytała cicho.
Amanda podniosła wzrok na dziewczynę.
- Tak, siadaj – powiedziała uprzejmym tonem.
- Dzięki. – Uśmiechnęła się blado.
Ruth rozejrzała się po klasie. Większa część klasy była pochłonięta opowiadaniem wakacyjnych historii, reszta natomiast już zajęła się rysowaniem. Kątem oka spojrzała na „koleżankę z ławki”. Miała ciemne włosy, prawie czarne. Nie była wysoka, ale urodę miała nieziemską. Oczy zajmowały prawie pół twarzy i były koloru szarego. Blada cera i pełne usta stanowiły dopełnienie do okrągłej twarzy i idealnych brwi. Siedziała prosto, z rękami na blacie. Nadgarstki miała obsypane bransoletkami, wisiorkami i rzemykami. Srebrny pierścionek błyszczał na palcu lewej ręki, ale nie zdążyła sprawdzić na którym, gdyż dziewczyna szybko wsunęła ręce pod biurko.
- Jesteś tu nowa? – zapytała, patrząc prosto na nią.
Ruth odwróciła się na krześle w jej stronę i wymusiła uśmiech.
- Tak, przeprowadziłam się do Kalifornii w zeszłym miesiącu.
- Wybrałaś najpiękniejszy stan w Ameryce – powiedziała pogodnie. – Jestem Amanda. Gdybyś szukała przewodnika po mieście, możesz na mnie liczyć.
Ruth usiłowała przejrzeć jej twarz, jak to zwykle robiła z ludźmi, ale nie wyczytała z niej nawet kropli fałszywości.
- Dzięki, chyba skorzystam. – Uśmiechnęła się życzliwie. – Jestem Ruth.
Dziewczyny uścisnęły sobie ręce.
Po chwili zadzwonił dzwonek, a do sali wszedł nauczyciel. Miał na sobie granatowy garnitur i krawat w tym samym kolorze. Jego włosy były jasne, krótko ostrzyżone. Uśmiechnął się do klasy i zaczął swoją powitalną mowę.

*

- Simon, muszę iść – szepnęła Virginia.
Byli w skrzydle artystycznym, na końcu korytarza. Wszyscy byli już w klasach, poza nimi. Siedzieli na ławce, naprzeciwko siebie. Simon podtrzymywał jej boki kolanami, a Virginia oplatała jego plecy nogami. Chłopak na chwilę oderwał się od jej ust, spojrzał jej głęboko w oczy i wyszeptał:
- Kocham cię, Virginio Paige.
- A ja kocham ciebie, Simonie Higher. – Pocałowała go w usta. – Odprowadzisz mnie?
Uśmiechnął się i ujął dłonie dziewczyny.
- Tak głupio pytasz.
Wstali i ruszyli wolnym krokiem do klasy, trzymając się za ręce.

*

Drzwi klasy otworzyły się gwałtownie i do klasy weszła Virginia. Jej oczy błyszczały, a na ustach błądził lekki uśmiech. Nauczyciel spojrzał na nią, a ona skinęła mu głową.
- Przepraszam za spóźnienie – wydukała i poszukała wzrokiem wolnego miejsca.
- Szkoda – odpowiedział nauczyciel.
Virginia spojrzała na niego dużymi, niebieskimi oczami i zamrugała.
- To się więcej nie powtórzy.
- Nie ma takiej szansy – powiedział ostro. – Bo jeśli jeszcze raz się tak stanie, już się więcej nie spotkamy w tej klasie.
- Zrozumiałam.
Virginia usiadła na wolnym miejscu w samym końcu klasy i wyjęła swój szkicownik. Od ucznia obok dowiedziała się, że ich zadaniem jest narysowanie „sensu swojego życia” (marzenia, pasji, celu). Więc zabrała się za rysowanie Simona.
Często go rysowała. Simon lubił jej pozować. Zaczęła od narysowania linii oczu. Następnie zaznaczyła niewielki nos, małe usta i wyraźne kości policzkowe. Zrobiła zarys ciemnych krótkich włosów, naszkicowała szyję i tors, a potem pracę przerwał jej dzwonek.


*

Virginia wyszła z klasy i rozejrzała się po szkole. Simon ma zajęcia, nie puszczą go na przerwę. Ale natknęła się na Amandę, dziewczynę z zajęć. Zaprzyjaźniły się w zeszłym roku, ale przez wakacje straciły kontakt. Amanda wyjechała z bratem na całe wakacje do Teksasu.
Ruszyła wolno w jej stronę. Siedziała plecami do niej, obok ciemnowłosej dziewczyny.
- Hej – przywitała się z nimi.
- Hej, Gin – powiedziała Amanda. – Poznaj Ruth. Chodzi z nami na zajęcia.
- Tak, widziałam cię. Jestem Virginia. – Wyciągnęła rękę do nieznajomej.
- Ruth. – Niepewnie ujęła dłoń dziewczyny.
Virginia przyjrzała jej się, ale nic nie powiedziała.
- Co robicie po zajęciach?
Virginia usiadła obok dziewczyn na ławce i schyliła się tak, by włosy opadły do przodu. Zebrała je szybkim ruchem i związała gumką. Koński ogon sięgał jej połowy pleców.
- Chciałam pokazać Ruth miasto. – Amanda siedziała z nogą założoną na nogę. Spódnica podwinęła się do góry i odsłaniała większą część uda. Ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi, ponieważ bardziej skupiała się na zajadaniu drożdżówki. – Wybierzesz się z nami?
- Jasne, chętnie – powiedziała Virginia. – Ale najpierw muszę odebrać Lilkę z zajęć muzycznych.
- Kim jest Lilka? – Ruth włączyła się do rozmowy.
- Moja siostra, ma osiem lat – wyjaśniła.
- Prawdziwy z niej anioł. A jak gra na skrzypcach, rany!
- Amanda, co ty taka pogodna dzisiaj? – Virginia patrzyła na koleżankę z wytrzeszczonymi oczami.
- Dobry humor. – Wzruszyła ramionami.
W szkole rozległ się dzwonek. Dziewczyny wolnym krokiem ruszyły w stronę klasy. Ruth szła pierwsza, za nią Amanda i Virginia. Nagle Amanda poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się.
- Wszystko okej? – Virginia patrzyła na nią czule.
- Nie – wyszeptała. – Nic nie jest okej.



______________
Nie wiem, czy będę publikować opowiadanie, bo mało osób je czyta, więc to chyba nie ma sensu. Przemyślę to jeszcze
  • awatar the soul of the princess: świetny wpis :) dodałam nowy rozdział, skomentowałaś poprzedni więc pomyślałam że może chcesz wiedzieć :)
  • awatar arrosa ♥: Cudowny! Naprawdę bardzo ciekawy :D Pisz dalej !~Świetnie Ci idzie :P
  • awatar Life gives nothing, you must take it♥: Cudowny rozdział! ♥ Proszę nie kończ z pisaniem... : ) Twoje opowiadania są świetne i masz wielki talent! Pisz dalej :) Czekam z niecierpliwością na next ; ) I życzę dużooo weny :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
X – Amanda Blake

Krew, dużo krwi. Kończą mi się bandaże. Tępią się żyletki. Muszę odwiedzić jutro aptekę. Dobrze, że jest zima. Nikt nie widzi blizn, które ukrywam pod rękawami. Na wuefie nie ćwiczę, bo jestem po zapaleniu płuc. Do końca miesiąca nie muszę się martwić bliznami. Ale potem… Jeszcze nie wiem, co będzie potem. Samobójca nie myśli przyszłościowo, bo dla niego nie ma przyszłości.
Zegar wyświetlał godzinę 2:18. Zamknęłam pamiętnik i schowałam go tam, gdzie zawsze: za książkami na najniższej półce. Tam był bezpieczny. Gdyby ktoś przeczytał moje wpisy, byłabym w dupie, to jest pewne. Dotknęłam prawego nadgarstka i głośno wciągnęłam powietrze. Bandaż powoli robił się czerwony. Naciągnęłam bluzę na dłoń i przykryłam się kołdrą. Zamykając oczy widziałam to znowu. Złapałam się za głowę. To mnie prześladowało. Żyłam z tym już od dwóch lat.
Amanda, daj spokój.
Ogarnij się.
Powtarzałam to jak mantrę, dopóki nie zawładnął mną sen.
Budzik zadzwonił o 6:30. Przetarłam oczy. Ręka nie bolała. A może bolała, ale nie zwracałam na to uwagi. Teraz sama już nie wiem. Obym mogła dziś normalnie rysować. Bandaż był czerwony. Udałam się do łazienki i delikatnie odwinęłam go z ręki. Cztery rany cięte biegły w poprzek ręki. Trochę jeszcze krwawiły, ale zignorowałam to. Patrzyłam na inne blizny. Niektóre już prawie białe, jednak wciąż widoczne. Westchnęłam. Odkręciłam kurek i pozwoliłam zimnej wodzie zmywać krew z ręki. Nie bolało. W każdym razie ja nie czułam bólu. Uodporniłam się na ból, tak jak narkoman uodparnia się na działanie heroiny. Potrzebuje wtedy więcej i więcej, aż w końcu weźmie za dużo. Tak samo było ze mną. Zadawałam sobie coraz więcej bólu, żeby cokolwiek poczuć. Niedługo ten ból mnie zabije.

Y – Virginia Paige

Za oknem było już ciemno, lampy uliczne powoli się zapalały, rozświetlając przechodniom ulicę. Patrzyłam z ósmego piętra na świat pode mną, ale nic nie czułam. Tak naprawdę ten świat niewiele dla mnie znaczył. Ważna była dla mnie tylko jedna ławka w parku. Ta, która ze wszystkich stron otoczona była gałęziami płaczącej wierzby. Ta, która stała w najmniej zaludnionym miejscu w parku. Ta, którą często szkicowałam, kiedy nie mogłam spać nocami. Ta, o której poza mną i Davidem nikt nie wiedział.
- O czym myślisz, kochanie?
Simon stał za mną, uśmiechając się promiennie. Jego brązowe włosy były rozczochrane, a piwne oczy jarzyły się zielonym blaskiem. Uwielbiałam jego oczy, bo nigdy nie były takie same. Zmieniały się w zależności od jego nastroju: zieleniały gdy był szczęśliwy, ciemniały gdy był zdenerwowany. Poczułam jego ciepłe ręce na mojej talii i delikatne szarpnięcie do tyłu. Oparłam się o jego nagi tors. Przytulił mnie mocniej do siebie i pocałował lekko w skroń.
- Myślę o tym, jak bardzo cię kocham.
Przez chwilę Simon milczał, ale było to zaledwie kilka sekund. Po ich upływie wziął mnie na ręce, jedną trzymał pod moimi kolanami a drugą oplatał plecy. Otoczyłam dłońmi jego twarz, zamknęłam oczy i pocałowałam go. Jego wargi były ciepłe i miękkie, idealnie pasowały do moich. Odwzajemnił mój pocałunek i powoli ruszył ze mną w stronę łóżka. Położył mnie na nim delikatnie, nie odrywając warg od moich. Jedną ręką gładził moje włosy, a drugą kreślił kółka pod moją koszulką. Czułam jego oddech na mojej szyi, kiedy zaczął składać na niej pocałunki. Westchnęłam. Podniosłam się lekko na łóżku. Simon miał teraz usta na wysokości moich piersi. Spojrzał mi prosto w oczy. Skinęłam głową, tym samym pozwalając mu na więcej. Usiadłam, a on ściągnął mi przez głowę koszulkę. Następnie skierował dłonie na moje plecy. Jedną przywarł mnie mocniej do siebie, drugą rozpiął mój stanik. Ramiączka opadły mi na łokcie, biustonosz zsunął się z piersi. Simon rzucił go za siebie, a mnie przytulił do siebie.
- Kocham Cię, Gini – wyszeptał. – Nigdy nie pozwolę ci odejść.
- Zawsze będę Cię kochać, Simon – odrzekłam.
Pocałował mnie tak, jakbyśmy całowali się pierwszy raz w życiu. Znowu leżałam na łóżku, a on obsypywał pocałunkami moją twarz, szyję i piersi. Wbiłam mu paznokcie w plecy.
- Uwielbiam kiedy to robisz – powiedział, nie przestając mnie całować.

Z - Ruth Chamberlain

Schodząc po schodach słyszałam mamę krzyczącą coś przez telefon. Uśmiechnęłam się mimo woli, kiedy zobaczyłam ją przy stole w kuchni. Jej czarne oczy wyglądały jak dziury w twarzy.
- Proszę się kontaktować z moim byłym mężem – zakończyła ostro.
Rzuciła słuchawką i ukryła twarz w dłoniach.
Z tatą rozwiedli się pięć lata temu. Wina leżała po stronie ojca, oczywiście. Zdradzał mamę na prawo i lewo, popijał. W końcu mama powiedziała „dość” i złożyła pozew o rozwód. Wtedy dopiero zaczęło się piekło. Tata wyrzucił nas z domu, przestał dawać pieniądze na życie. Przez to szybko dojrzałam, znalazłam pracę u rodziców koleżanki i pomagałam mamie jak tylko mogłam. Zamieszkałyśmy u babci, w jej ogromnym domu. Mama radziła sobie, ale było jej ciężko. Pokonała depresję i wyszła na prostą. Jednak nienawidziła, kiedy wspominałam o ojcu. Kiedy ktokolwiek o nim wspominał. Kochała go tak mocno, a on okazał się takim dupkiem.
Podeszłam do mamy i przytuliłam ją do siebie.
- Hej, nie płacz – powiedziałam.
- Idź do szkoły, Ruthy.
Mama wyszła z kuchni, a ja nalałam wody do szklanki. Po jej wypiciu wzięłam torbę i wyszłam z domu do mojego nowego liceum, gdzie będę dopracowywać moje rysunki.

*

Szkoła położona była w centrum amerykańskiego miasta Monterey w Kalifornii. Liceum Artystyczne miało kilka skrzydeł: muzyczne, plastyczne, teatralne i literackie. Budynek był ogromny, cały pomalowany na biało, z flagą Stanów Zjednoczonych nad wejściem. Wewnątrz znajdowało się wiele posągów, obrazów, statuetek i książek. Korytarze bardziej przypominały wystawę w muzeum niż szkołę. Liczba uczniów ograniczała się do czterystu uczniów: po sto w jednym skrzydle. Każde skrzydło miało swoje podziały, innych nauczycieli i cztery klasy, ale też każde skrzydło miało swojego dyrektora. Nauka skoncentrowana była wokół sztuki, ale nie brakowało takich przedmiotów jak język angielski, matematyka czy wychowanie fizyczne.
Pierwszy dzień szkoły nie był obchodzony szczególnie: żadnych apeli, zebrań. Uczniowie przychodzili z podręcznikami i od razu rozpoczynali edukację. Amanda, Virginia i Ruth udały się do swojego skrzydła: artystycznego.
Dyrektor tego skrzydła, Robert Conery, zebrał swoich uczniów w auli.
- Wchodźcie szybko, mamy niewiele czasu.
Po kilku minutach głosy w auli umilkły, a oczy uczniów zwróciły się ku dyrektorowi.
- Witam wszystkich w nadchodzącym roku szkolnym. W tym roku nastąpi kilka zmian. Wprowadzimy kilka nowych sektorów. Malarstwo podzielimy na dwie części: portretowe i martwa natura. Nowym sektorem – fotografią – opiekować się będzie Sara Goldberg. Rysunek przejmie Harold Smith, natomiast rzeźba zostaje bez zmian. Teraz proszę wszystkich o udanie się do swoich sektorów, gdzie zostaniecie podzieleni na klasy.
Dyrektor zszedł ze sceny, a uczniowie udali się w swoje strony.




_______________

Jest prolog.
Proszę o szczere komentarze, jeszcze wszystko może się zmienić.

Amanda Blake.
18 lat. Ma brata bliźniaka i problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Rysowanie jest jej ucieczką od świata.




Virginia Paige.
18 lat. Ma kochającego chłopaka Simona, pełną rodzinę i młodszą siostrę - Lily. Rysowała zanim nauczyła się mówić.



Ruth Chamberlain.
18 lat. Tata alkoholik rozstał się z mamą 5 lat temu. Rysowanie pozwala jej o wszystkim zapomnieć. Jest jedynaczką.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Hej
Wpadłam na nowy pomysł. A raczej połączyłam ze sobą kilka pomysłów.
Będzie to historia trzech lub czterech przyjaciółek. Każda z nich ma inną historię, są zupełnie różne. Łączy je tylko jedno - wspólna pasja.

Może uda mi się jutro wstawić coś w rodzaju prologu

Liczę na szczere komentarze i opinie pod wpisami
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mogę Was prosić o pomoc?
w dalszym ciągu mowa o nowym opowiadaniu.
Wolicie jakieś typowe romansidełko, czy coś w stylu ostatniego NEXT czy może jakieś fantasy?
 

 
Cześć Wam.
Nie wiem, jak zacząć w ogóle.
Nie dokończę tego opowiadania, bo nie mam weny ani motywacji ani pomysłów. Chociaż nie, pomysłów miałam multum, ale nie potrafiłam ładnie połączyć ze sobą wątków.

Myślę, że zacznę coś nowego, ale jeszcze nie jestem pewna.

Nie wiem, czy jest sens publikować, bo mało osób odwiedza bloga.
Jeśli coś napiszę, to powiadomię każdego, kto skomentuje tego posta.

No, to chyba tyle.
Miłego dnia.
  • awatar Vampire Diaries (Pamiętniki Wampirów): Czekamy na nowe opowiadanie! :) Życzę weny :*
  • awatar Life gives nothing, you must take it♥: Szkoda, że nie kontynuujesz dalej tego opowiadania :( No,ale rozumiem Cię, ja też jestem na totalnym braku weny ; ) Mam jednak nadzieję, że dodasz wkrótce coś nowego :) Życzę weny i pozdrawiam ;*
  • awatar the soul of the princess: ja też tak mam czasem że mam dużo pomysłów ale nie wiem jak je ze sobą skleić a co do opowiadania to wydawało mi się ciekawe, chodź to dopiero początek ale jeśli zaczniesz nowe będę czytać nowe to juz od ciebie zalezy jak to czujesz, nie powinno się robić nic na siłę :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Elizabeth siedziała w domu na kanapie, z kubkiem herbaty między kolanami. Aromat napoju unosił się w całym pokoju, maskując zapach ziół. Cóż, nie ma się co dziwić. W końcu mieszkała z miejscową zielarką – Veronicą Selfish.
- Twoja babcia była cudowną kobietą.
Elizabeth z zamyślenia wyrwał donośny głos starszej pani. Rozejrzała się po pokoju, ale nie zobaczyła nikogo. Dopiero po chwili Veronica weszła do salonu z kubkiem w ręce. Jej siwy warkocz sięgał pasa, bordowa suknia ziemi, a sweter połowy uda. Jej pomarszczona twarz była przyjazna, ale zniechęcać mogło jej podejrzliwe spojrzenie. Zawsze powtarzała: „Nauczyłam się ludzi na pamięć. Wiem, kto jest dobry, a kto zły. To widać na pierwszy rzut oka”. Taka była już Veronica: zamiast podać komuś rękę na powitanie, najpierw mierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Z drugiej strony nic dziwnego – żyła już osiemdziesiąt osiem lat.
Veronica usiadła naprzeciwko Elizabeth i utkwiła wzrok w niskim stoliku. Nagle uśmiechnęła się lekko.
- Wiesz, że gdyby nie twoja babcia, nie siedziałabym teraz obok ciebie? – zapytała, ni odrywając wzroku od mebla.
- Jak to? – Elizabeth drgnęła.

*

- Pomocy! Ta kobieta potrzebuje pomocy!
Mężczyzna przekrzyczał wszystkie świergoczące gospodynie na hałaśliwym targu. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Wymachiwał rękami w górze, biegnąc przed siebie. Nieustannie krzyczał „Pomocy! Ratunku!”.
Odwróciłam się od sprzedającego mi jabłka mężczyzny i wybiegłam wołającemu naprzeciw.
- Ratunku! Niech jej ktoś pomoże!
- Hej, uspokój się. – Chwyciłam go za ramię i szarpnęłam. – Gdzie jest ta kobieta?
- Pomożesz jej? – zapytał cicho.
- Jeśli mnie do niej zaprowadzisz.
Skinął głową i pospiesznie ruszył wzdłuż straganów. Czułam na sobie wścibskie i przenikliwe spojrzenia kobiet, czekających na sensację.
- No to Harold sobie nieźle życie poukładał, biedaczyna – szeptały zawistnie.
Starałam się nie zwracać na nie uwagi. Mogłam pomóc kobiecie, o której mówił ten mężczyzna. Nic mnie teraz nie może wytrącić z równowagi.
Skręciliśmy z placu targowego w wąską uliczkę. Pod drzwiami jednego z domu przesunął się, bym mogła przejść. Wewnątrz zobaczyłam leżącą na ziemi ciężarną kobietę. Nie, wróć. Leżącą na ziemi w kałuży krwi ciężarną kobietę. Jęczała cicho, oddychała wolno.
- Moje dziecko… Moje biedne dziecko…
Przyjrzałam się jej badawczo. Męczyła się tu od kilku godzin, a dziecko wciąż było wewnątrz niej. Nie było na co czekać.
- Hej! – zwróciłam się do mężczyzny w drzwiach. – Przynieś misę z wodą, koc i coś do starcia krwi.
Kobieta patrzyła na mnie przerażonymi oczami, w których błyskała nadzieja.
- Spokojnie – powiedziałam do niej. – Przyjmę poród. Dasz radę?
Kiwnęła głową.

Po trzydziestu minutach patrzyłam na śpiącą rodzinę. Matka spała w łóżku, przytulając do siebie lekko kocyk z dzieckiem. Dziewczynka trzymała mamę za palec. Mężczyzna, który okazał się sąsiadem kobiety, pomógł mi sprzątać w domu, a teraz wrócił na targ. Czekałam cierpliwie, aż młoda mama się obudzi.
I wtedy nastąpiły komplikacje. Dziewczynka w ramionach matki zaczęła się dusić. Kobieta obudziła się i prosiła mnie o pomoc. Wzięłam do siebie małą i położyłam jej dłoń na piersi. Zamknęłam oczy i pozwoliłam zmysłom działać. Czułam, jak w żyłach wraca krążenie, serce zaczyna bić regularnie, duszności ustępują. Powoli otworzyłam oczy. Dziewczynka patrzyła na mnie spokojnie, uśmiechała się. Jej matka miała usta otwarte ze zdziwienia.
- Kim jesteś? – zapytała mnie cicho.
- Jolene Grier – odpowiedziałam, oddając dziewczynkę w jej ręce. – Gdyby coś się działo, znajdź mnie natychmiast. Niewiele brakowało jej do śmierci.
Po tych słowach wyszłam na ulicę. Odwróciłam się jeszcze, by odpowiedzieć kobiecie na jej szczere „dziękuję”.

*

- Ty byłaś tą małą dziewczynką? – Elizabeth wierciła się niespokojnie na kanapie.
- Tak – odpowiedziała Veronica. – Moja mama jeszcze kilka razy mnie zaprowadzała do Twojej babci. Kiedy przykładała mi rękę do piersi, czułam… Jakby powstrzymywała duszności. Miałam problemy z krążeniem. Ona była jak najlepsze leki. Sprawiała, że wszystko wracało do normy.
Elizabeth słuchała zielarki z uśmiechem na ustach, lecz nie była w stanie nic powiedzieć. Jej babcia uratowała życie tej kobiety!
- Jutro opowiem ci inną historię – ciągnęła Veronica. – Tylko ta jest o wiele bardziej nieprawdopodobna. Możesz mi w nią nie wierzyć, ale ja to widziałam na własne oczy. A teraz idę spać, już późno. – Podniosła się z fotela i skierowała w stronę swojej sypialni.
- Zaczekaj! – Elizabeth podbiegła do niej.
- Opowiesz mi coś o Haroldzie?
Veronica spuściła wzrok.
- Jestem zmęczona, złotko – powiedziała. – Porozmawiamy jutro. Dobranoc.
- Dobranoc.
Elizabeth udała się do swojego pokoju i wykręciła numer Morgany.
- Halo? – odebrała zaspanym głosem.
- No nie mów, że już śpisz – powiedziała zirytowana Eli.
- Kochanie, jest druga w nocy.
Dziewczyna rzuciła okiem na zegar elektryczny. Zmarszczyła nos.
- Trudno, ta sprawa jest ważna – oznajmiła.
Usłyszała ciężkie westchnięcie po drugiej stronie telefonu, ale zignorowała to.
- Porozmawiaj jutro ze swoją babcią i wypytaj ją o Jolene. O wszystko. Jej zdolności, jej miłości, zdrady i stosunek do ludzi – mówiła szybko i cicho, żeby nie obudzić Veronici.
- Zdrady? – Morgana była wyraźnie zaskoczona.
- Po prostu wypytaj, ona wie na pewno. A teraz dobranoc.
Elizabeth wyłączyła komórkę i zasnęła w ubraniu, na pościelonym łóżku.

*

Dzwonek przy barze znowu zadzwonił, odrywając Simona od parzenia porannej kawy. Wychylił się zza drzwi na zaplecze i zobaczył tę brunetkę. Nie, chwila. Nie była brunetką. Jej włosy lśniły płomienną czerwienią.
- Simon!
Jej głos był irytujący. Simon westchnął i podszedł do baru, skupiając się na pracy, a nie na głębokim dekolcie u bluzki dziewczyny.
- Podać coś?
Anthea uśmiechnęła się zmysłowo. Spojrzał na nią z ukosa, ale wyraz jego twarzy pozostał obojętny.
- Ciebie mieć nie mogę, więc poproszę kawę.
Pochyliła się do przodu i oparła ręce na blacie. Simon odwrócił wzrok, próbując nie patrzeć w dekolt seksownej dziewczyny. Zajął się parzeniem kawy, jednak ukradkiem obserwował zachowanie klientki. Bawiła się rudymi włosami, nakręcała je na palec, po czym głaskała nimi usta, i znowu nakręcała na palec. Odchrząknął i postawił przed nią białą filiżankę z kawą.
- Proszę bardzo – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
Odwrócił się do niej plecami, by odstawić szklanki na półkę, ale poczuł szarpnięcie do tyłu. Odwrócił się. Palce Anthei trzymały brzeg jego kamizelki. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Natomiast ona uwodziła go dużymi oczami, ponętnymi ustami i tym ogromnym dekoltem. Simon podszedł bliżej baru i nachylił się nad kokietującą z nim dziewczyną. Zbliżył wargi do jej ucha, uśmiechając się przy tym czarująco.
- Mam dziewczynę – szepnął. – I tylko ona ma mnie na wyłączność. Ty dostałaś ode mnie kawę i nie licz na nic więcej.
Oddalając się, spojrzał na nią, szczerząc się w uśmiechu. Anthea zbladła, by chwilę później zaczerwienić się ze złości. Wstała, rzucając banknot na blat.
- Reszty nie trzeba.
Odwróciła się na pięcie i odeszła. Simon wziął banknot i schował go do kasy, śmiejąc się w głos i potrząsając głową.




___________

Po długiej przerwie dodaję 3 rozdział.
Proszę każdego czytającego o skomentowanie. Chcę wiedzieć, ile Was tu jest i czy dalsze pisanie ma sens.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Anthea patrzyła na oddalające się od niej źródło informacji, znane w Fairbanks jako Elizabeth Grier. Cholera, pomyślała odwracając wzrok. Jak mogłam tak po prostu pozwolić jej odejść? Spojrzała jeszcze raz, szukając szatynki średniego wzrostu, ale dziewczyna zniknęła z pola widzenia. Zdenerwowana Anthea chwyciła swój płaszcz i wyszła z baru, trzaskając za sobą drzwiami.
Ulewa na zewnątrz ustała, ale wiatr nadal szalał. Anthea otuliła się mocniej brązowym płaszczem i naciągnęła czapkę na ciemne włosy. Skierowała się w stronę pensjonatu, w którym wynajmowała mały pokój.
Droga dłużyła jej się, chociaż pensjonat znajdował się dwie przecznice od baru. Żadna myśl nie przychodziła jej do głowy, poza jedną – Jolene. Przyjechała do Fairbanks, żeby czegoś się o niej dowiedzieć. Ludzie nie zaczęli budować pomniki na cześć Jolene tak po prostu. Musiała czegoś dokonać.
Mijając kościół, Anthea zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na napis nad drzwiami. „Poświęcony Jolene”. Kiedy mężczyzna buduje kobiecie kościół, to musi być głęboka miłość, pomyślała. Skręciła w lewo i zobaczyła budynek pensjonatu.
Był prosty i nie wyróżniał się bardzo od innych domów. Tylko duży szyld na dachu „Chamberlain” sugerował, że to być może hotel. Weszła do środka, gdzie powitała ją pani Chamberlain. Siedziała przy niewielkim stoliku, z otwartą książką w ręce. Okulary zsunęły jej się z nosa, więc wyraźnie było widać zielone oczy. Ciemne włosy upięte były w koka, jak zawsze. Pani Chamberlain nosiła dżinsowe spodnie na szelkach, a pod nimi kolorowe koszulki. Przynajmniej przez tydzień, który Anthea spędziła w pensjonacie. Uśmiechnęła się przyjaźnie do właścicielki, a ta zaprosiła ją gestem ręki do siebie.
- Napijesz się herbaty? Chyba zmarzłaś.
- Rzeczywiście – przyznała Anthea. – Chętnie się napiję. Pomóc pani?
- Nie trzeba, siadaj szybko przy grzejniku. – W oczach pani Chamberlain błysła iskra troski.
- Ale…
Pani Chamberlain już zniknęła za drzwiami kuchni. Zrezygnowana Anthea wyjrzała za okno. Rany, jak ja tu trafiłam… myślała. Siedem lat temu wyjechała z Karoliny Północnej. Jej matka, Karen, przez pierwsze miesiące nie odzywała się do niej: nie odpisywała na listy, maile, SMS-y, nie oddzwaniała na zostawione wiadomości głosowe, nie odbierała. Dopiero po półtorej roku odpowiedziała na list. Chociaż odpowiedź ta była zwięzła i krótka. Ani wzmianki o tym, że tęskni czy kocha. Nic.
„Joshua wrócił. Znowu pije. Chociaż nie, on przecież nigdy nie przestał pić. Zaczął mnie bić. Wrócił do domu i mnie bije. Czujesz się teraz winna?”
Tak brzmiały słowa listu od matki. Anthea od razu zadzwoniła do ojca. Joshua Lerman odebrał telefon chrapliwym „słucham”. Okazało się, że matka zmyśliła całą historię, żeby córka do niej wróciła. Joshua mieszkał sam w sąsiednim mieście, od dwudziestu lat. Z początku nie utrzymywał kontaktu z rodziną, jednak zmieniło się to po pierwszym telefonie córki. Jedenastoletnia Anthea, pod nieobecność matki, po pięciu latach odezwała się do taty. Tęskniła za nim, była tylko dzieckiem. Joshua był wzruszony rozmową z dziewczynką, zaczął na nowo interesować się jej życiem. Oczywiście nie dużo, był uzależniony od alkoholu. Ale kiedy Anthea odwiedzała go w mieszkaniu, był zawsze trzeźwy. Karen wybaczyła mu zdradę sprzed dwudziestu lat, ale nie zeszli się. Czasem tylko u niej pomieszkiwał.
Właściwie to czemu Anthea wyjechała z Karoliny? Skończyła szkołę, mogła znaleźć tam pracę. Ale nie, ona wolała wkurzyć matkę i postanowiła badać świątobliwość Jolene z Alaski. Moja historia rzeczywiście jest trochę nienormalna, pomyślała. Cóż, widocznie jestem nienormalna.
Z rozmyślań wyrwał ją głos pani Chamberlain.
- Proszę, ślicznotko. – Uśmiechnęła się, podając dziewczynie gorącą herbatę. – Cieplej ci trochę? Może przynieść koc?
- Nie trzeba, pani Chamberlain – odparła – Dziękuję.
Właścicielka pensjonatu już miała siadać naprzeciwko niej, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe.
- To pewnie Simon, przepraszam cię. – Ukłoniła się przyjaźnie i wyszła z salonu. – Simon, to ty? – krzyknęła w stronę hallu.
- Tak, mamo – odpowiedział jej chłopak.
Salon nie miał drzwi, więc Anthea wyraźnie widziała twarz młodego Chamberlaina. Kiedy tak się mu przyglądała, olśniło ją. Przecież on jest znajomym tej Elizabeth! Zmieszana, odwróciła wzrok. Jednak on zdążył ją już zauważyć.
- Hej! Co ty tu robisz? – Czuła na sobie jego wzrok. – Do ciebie mówię, wariatko!
Głos chłopaka stawał się głośniejszy z każdym słowem. Anthea słyszała jego kroki na podłodze. Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Był wkurzony, to pewne. Na twarzy miał czerwone wypieki, usta zaciśnięte w kreskę. Czoło przecinała mu fioletowa żyła, marszczył brwi. Anthea spokojnie podniosła się z krzesła. Wytrzymała jego spojrzenie.
- Wynajmuję pokój u twojej mamy od tygodnia. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej – mówiła. – To pozwoliłoby uniknąć nam tej nieprzyjemnej sytuacji.
- Elizabeth mówiła, że chcesz rozmawiać o jej babce.
- To normalne dla kogoś spoza stanu – odparła. – Każdy chce czegoś się dowiedzieć od Jolene.
- Są inne źródła.
- Twoja przyjaciółka jest tym najbardziej wiarygodnym.
- Nie zawracaj jej więcej głowy – powiedział stanowczo. – Jakbyś ty się czuła, gdyby ktoś wypytywał o twoją rodzinę?
Jego wzrok był przenikliwy. Anthea poczuła krople potu na karku. Faktycznie, nie pomyślałam o tym. Zabiłabym, gdyby ktoś zapytał o mojego ojca, myślała.
- Zabolało? – Simon nie przestawał. – Odczep się od Elizabeth. Nie będę tego więcej powtarzał. Jeszcze raz cię z nią zobaczę, to nie potraktuję cię tak łagodnie.
- Czy mógłbyś… - zaczęła niepewnie.
Zamilkł. Simon patrzył na dziewczynę przeszywającym wzrokiem. Mam go w garści, pomyślała.
- Czy mógłbyś umówić mnie z nią na spotkanie? Chciałabym ją przeprosić – powiedziała jednym tchem. – To dla mnie ważne. Nie chcę, żeby czuła się urażona.
Simon przez dłuższą chwilę nie odzywał się. Anthea patrzyła na czubki swoich butów, żeby jej twarz nie zdradziła emocji. W końcu zmusiła usta do pozostania w bezruchu. Spojrzała na Simona błagalnie.
- W porządku, spróbuję – powiedział w końcu. – Jeśli się nie zgodzi, przekażę jej twoje przeprosiny.
Anthea uśmiechnęła się lekko.
- Dziękuję, Simon – powiedziała uprzejmie.
- Nie pamiętam, żebyśmy się sobie przedstawiali – rzekł ostro. – Nie jesteśmy na ty.
- Wybacz, panie Chamberlain.
Ale nim zdążyła powiedzieć ostatnie zdanie, Simona już nie było w salonie.
Oh, Simon, ty naiwniaku, pomyślała Anthea siadając na swoim miejscu. Jeśli naprawdę myślisz, że na tym poprzestanę, to grubo się mylisz. Mam cię w garści. Mieszkam w tym samym budynku co ty.
Upiła łyk herbaty i wygięła usta w cynicznym uśmiechu.



________

"i come to you in pieces, so you can make me whole."

Przepraszam, że tak długo czekaliście.
Promujcie bloga.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Elizabeth Grier stała w budce telefonicznej i wstukiwała numer. Po trzech sygnałach usłyszała tak słabo znany głos.
- Słucham?
Elizabeth wiedziała, że zawsze odbierał w ten sposób. Uśmiechnęła się do siebie.
- Cześć, tato.
Wiatr na zewnątrz szalał z prędkością pewnie stu kilometrów na godzinę. Elizabeth żałowała, że nie wzięła z domu szalika. Miała na sobie czerwony płaszcz i czarne spodnie. Brązowe buty były ubłocone, a ciemne loki w nieładzie. Zamknęła swoje niebieskie oczy, próbując wyobrazić sobie jej tatę – Logana Griera – siedzącego w swoim ciepłym mieszkaniu w Sharonville w Ohio.
Elizabeth nie wiedziała, że jej tata zmienił się aż tak bardzo. Zakola robiły się coraz większe, włosy były przerzedzone. Przybrał lekko na wadze – teraz już nikt o niego nie dbał, a on nie miał dla kogo bawić się w diety i siłownie. Z oczu zniknął młodzieńczy blask, pojawiły się cienie pod nimi. Gdzieniegdzie twarz marszczyła się. To nie był już ten sam Logan Grier, co przed dwudziestu trzy laty.
- Elizabeth. Cieszę się, że dzwonisz.
Głos Logana wydawał się nieco ożywić, kiedy usłyszał Elizabeth po drugiej stronie telefonu. Jednak był nieco przygnębiony. Minęły już dwadzieścia trzy lata od śmierci jego matki, Jolene. Mężczyzna musiał opuścić Alaskę, więc osiedlił się w Ohio. Mieszkał sam. Jego żona, Amanda Grier, zostawiła go zaraz po przeprowadzce do Sharonville. Elizabeth została na Alasce, oczywiście nie z własnej woli. Wychowała ją zielarka – Veronica Selfish. Kobieta dzwoniła do Logana co niedzielę i informowała go, jak się czuje jego córka. Dla Logana niedziela to był najszczęśliwszy dzień w tygodniu.
- Tato, ja… - Logan wyczuł zawahanie w głosie córki. – Chciałabym się z tobą zobaczyć.
Powiedziała te słowa cicho, ale mężczyzna usłyszał je bardzo wyraźnie. Serce zabiło mu szybciej, krew zagotowała się w żyłach, fala gorąca zalała jego ciało.
- Jesteś tam? – Ponownie usłyszał jej głos w słuchawce.
- Tak, jestem. Zastanawiałem się, jak możemy się spotkać.
- Przyjadę do ciebie – zapewniła.
- Bethy… - zaczął.
- Tato, posłuchaj. Nie widziałam cię od dwudziestu trzech lat. Zrobię wszystko, żeby to zmienić.
- Co z Veronicą?
- Veronica nie jest moją matką. Przyszły tydzień ci pasuje?
Uparta po mnie, pomyślał. Na twarzy Logana zaigrał uśmiech.
- Pasuje.
- Cieszę się, że chcesz mnie odwiedzić.
- Kocham cię przecież. – Słuchawka wykrztusiła z siebie trzy piski. – Tatuś, kończy mi się czas. Zadzwonię niedługo.
- Kocham cię, Bethy – powiedział.
Długi pisk dobiegł do uszu Elizabeth, więc odłożyła słuchawkę. Rozejrzała się. Na zewnątrz wiatr hulał we wszystkich kierunkach, krople deszczu spływały wolno po szybie czerwonej budki telefonicznej. Usłyszała walenie w drzwi. Niechętnie je otworzyła, a do środka wpadł starszy mężczyzna i zaczął krzyczeć, żeby się wynosiła. Posłuchała go i udała się szybkim krokiem w stronę centrum Fairbanks.
Nie minęło pięć minut, a Elizabeth ociekała zimną deszczówką. Wbiegła do „Tasty Fasty” – taniego baru fast food. Ulżyło jej, kiedy zobaczyła przy barze Morganę.
- Morgana! – zawołała do niej.
Dziewczyna odwróciła się i przejrzała wzrokiem klientów. Po chwili jej czy zatrzymały się na Elizabeth, a usta wygięły w uśmiechu.
- Eli, cześć! – Pocałowała ją w policzek. – Ale zmokłaś. Poproszę Simona, żeby zrobił ci ciepłą herbatę.
- Dziękuję.
Morgana usiadła na swoim krześle i zadzwoniła na dzwonek przykręcony do blatu. Elizabeth przyglądała jej się z zaciekawieniem. Jej ciemne włosy opadały wolno na ramiona, a zielone oczy błyszczały, wpatrzone w drzwi zaplecza. Po chwili ukazał się w nich Simon, jej chłopak. Był wysokim brunetem, o dużych niebieskich oczach. Uśmiechnął się szeroko do Morgany i podszedł bliżej. Parzyli na siebie z taką miłością, jakiej Elizabeth nigdy nie widziała u żadnej innej pary. Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie, by móc pocałować jej wargi. Później spojrzał jej głęboko w oczy i odwzajemnił uśmiech Morgany.
- Napijecie się herbaty? – zapytał, powoli przenosząc wzrok na Elizabeth. – Strasznie zmokłaś.
- Cześć, Simon – przywitała się.
Simon podszedł do Elizabeth i przytulił ją lekko. Popatrzył na nią podejrzliwym wzrokiem i zsunął jej płaszcz z ramion.
- Masz coś przeciwko? Na zapleczu szybciej wyschnie.
- Nie. Byłabym wdzięczna, gdybyś go powiesił – powiedziała Elizabeth z uśmiechem.
- Elizabeth!
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, gdy usłyszała swoje imię. Mokre włosy przykleiły jej się do twarzy. Odgarnęła je powoli. Przeszukała wzrokiem tłum i ujrzała niewysoką szatynkę, machającą do niej. Elizabeth skinęła głową na krzesło obok niej, by ta usiadła. Podeszła szybkim krokiem.
- Jestem Anthea Lerman – przedstawiła się.
Elizabeth nic nie mówiło to nazwisko.
- Potrzebujesz czegoś? – zapytała uprzejmie.
- Tylko rozmowy. – Anthea utkwiła wzrok w kubku herbaty, którą przed chwilą położył na blat Simon.
- Hej, słońce, może porozmawiamy na zapleczu? – zwrócił się do Morgany.
Dziewczyna pośpiesznie wstała i ruszyła za nim.
- Czego ma dotyczyć nasza rozmowa? – Elizabeth skupiła się.
- Twojej babki, Jolene.
Elizabeth drgnęła, ale zachowała spokojną twarz. Odetchnęła głęboko i spojrzała w oczy Anthei. Były stanowcze i chłodne, przeszywały ją na wskroś. Dziewczyna upiła łyk swojej herbaty i wstała od stołu, kładąc otwarte dłonie o blat baru.
- Nie mam ci nic do powiedzenia na temat Jolene – powiedziała.
Kierując się w stronę zaplecza szybkim krokiem, nie obejrzała się ani razu.


_________

KOCHANI, POTRZEBUJĘ WASZEJ POMOCY W PROMOWANIU BLOGA. NA PEWNO SIĘ ODWDZIĘCZĘ.
 

 
Był rok 1901. W stanie Alaska w Ameryce Południowej, w mieście Fairbanks, w domu państwa Dawsonów, na świat przyszła dziewczynka. Rodzice, Jemima i Phillip, dali jej imię Jolene. Nie przyjęła chrztu. W tych czasach na Alasce nie panowała żadna religia. Jolene już od pierwszego dnia życia emanowała ciepłem i miłością. Była spokojnym dzieckiem, nie przysparzała rodzicom kłopotów. Dziewczyna rosła, a jej moc przybierała na sile. Dokonywała niemożliwego: uzdrawiała chorych, leczyła ślepotę, dawała nadzieję na lepsze życie. Mieszkańcy Alaski nazywali ją cudotwórczynią i boginią. W wieku dziewiętnastu lat poślubiła Harolda Griera, a rok później wybudowano na jej cześć pierwszy pomnik. Jolene do końca swojego życia była wychwalana.
Mieszkańcy Alaski uważali, że potomkowie bogini będą równie wielcy, jak ona. Jednak kiedy w 1933 roku Jolene urodziła swojego jedynego syna – Logana, okazało się że nie odziedziczył on mocy po swojej matce. Ostatnią nadzieją była wnuczka Jolene – Elizabeth Grier – córka Amandy i Logana Grierów, która przyszła na świat w roku 1988, trzy lata przed śmiercią Jolene. W 1991 cały stan Alaska pogrążył się w żałobie. Zaskoczeniem był fakt, że na pogrzeb zjechali się wyznawcy Jolene z innych stanów Ameryki, a nawet z innych kontynentów.
Po ceremonii Logan Grier otrzymał wezwanie do natychmiastowego opuszczenia stanu. Skoro nie mógł dać im tego, co jego matka, po co go trzymać na Alasce? Wyjechał razem z żoną, zostawiając małą Elizabeth w domu zielarki – wnuczka Jolene musiała zostać w mieście.
Anthea wyjechała z Karoliny Północnej w wieku dziewiętnastu lat. Opuściła matkę, która była surowsza niż wszyscy stróże prawa w całej Ameryce. Jej zasady były ostrzejsze niż każde inne prawo na kuli ziemskiej. Ojciec zostawił rodzinę, gdy Anthea miała sześć lat. Kiedy więc po wyprowadzce dotarła na Alaskę, nie mogła pojąć obsesji mieszkańców na punkcie Jolene. Dowiedziała się o tym jeszcze przed opuszczeniem domu rodzinnego. Teraz stała w centrum Fairbanks, miała dwadzieścia sześć lat. Wciąż nie wierzyła w moce Jolene.

Czy cała ta historia nie jest zbyt idealna? W każdej opowieści są luki i sekrety. W tej także. Czy są one do wybaczenia?
Niektórym ludziom po prostu się nie ufa.
Niektórzy nas wykorzystują, chociaż tego nie widzimy.
Niektórzy tylko czekają na nasze potknięcie, aby mogli wtedy przejąć nasze stanowiska. Aby mogli nas wtedy ośmieszać i poniżać.
Pamiętaj, że historię pisze się każdego dnia.
Historia bez sekretu nie jest historią.





____________________



*ELIZABETH GRIER*
Dwudziestosześcioletnia dziewczyna, wychowana przez zielarkę Veronicę Selfish. Jej babcia, Jolene, jest boginią, religią. Elizabeth wierzy w jej moce. Jej rodzice zostali wygnani z Alaski zaraz po jej narodzinach. Jej przyjaciele, Morgana i Simon, zawsze wspierają ją we wszystkim, ale nie ufają Anthei - dziewczynie z Karoliny Północnej.




*LOGAN GRIER*
Syn Jolene, ojciec Elizabeth, były mąż Amandy. Żona zostawiła go zaraz po opuszczeniu Alaski. Logan mieszka sam w Ohio. Często kontaktuje się z córką, ale nie może jej odwiedzić. Alaskę musiał opuścić, ponieważ nie odziedziczył mocy po matce i nie było z niego pożytku.






*AMANDA GRIER*
Matka Elizabeth. Zostawiła męża, gdyż w zasadzie nigdy go nie kochała. Była z nim tylko po to, by poznać słynną Jolene. Teraz mieszkaw Karolinie Północnej.



*MORGANA FITCH*
Przyjaciółka Elizabeth, znają się całe życie. Morgana mieszka niedaleko zielarki, która wychowała Elizabeth. Nie widzi świata poza Simonem Chamberlainem.




*SIMON CHAMBERLAIN*
Przyjaciel Elizabeth, ale znają się od niedawna. Przyjechał na Alaskę sześć lat temu i od pierwszego wejrzenia zakochał się w Morganie. Kocha ją nad życie.




*ANTHEA LERMAN*
Dwudziestosześcioletnia przyjezdna. Pochodzi z Karoliny Północnej, ale mieszka na Alasce. Zaprzyjaźnia się z Elizabeth, ale nie wie, że to potomkinia Jolene, w którą nie wierzy. Z ojcem nie otrzymuje kontaktu.




*KAREN LERMAN*
Twarda kobieta mieszkająca w Karolinie Północnej. W jej domu panują surowe zasady. Nigdy nie okazuje emocji.




*JOSHUA LERMAN*
Ojciec Anthei. Córka nie chce go znać, ale tak naprawdę nie ma ku temu słusznego powodu. Mieszka w Karolinie Północnej, ale w innym mieście.




*VERONICA SELFISH*
Zielarka, która wychowała Elizabeth. Traktuje ją jak własną wnuczkę. Poświęciłaby dla niej wszystko, chociaż ma niewiele.




*JOLENE GRIER*
Zdjęcie zrobione dzień po ślubie z Haroldem.
Bogini, religia, kapłanka. Najwyższa, Pani, Anielica. Różnie określali ją mieszkańcy Fairbanks. Potrafiła uzdrawiać, wskrzeszać (choć to robiła nieczęsto), czytać w myślach, podnosić na duchu. Kochali ją wszyscy, a najbardziej Harold.




*HAROLD GRIER*
Mąż Jolene. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, wtedy jeszcze nie wiedział o jej mocach. Oddał za nią życie.

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Skarby, więc tak.
Mam pomysł na nowe opowiadanie, nawet jego zarys i w ogóle w ogóle.
Tylko moje pytanie: jak bardzo chcecie, żebym je tutaj publikowała?
Bo to bez sensu, jak będę wstawiać, a nikt go nie będzie czytał.
ZARYS:
Historia 26-letniej Elizabeth z Alaski. Babcia dziewczyny, Jolene, jest czczona przez mieszkańców Ameryki, ze względu na swoje cudotwórcze moce. Elizabeth zaprzyjaźnia się z niewierzącą w cudowność Jolene Antheą. Ich relacja okaże się jednak daleka od ideału. Anthea szuka luk w znanej historii Jolene. Przyjaciele Elizabeth próbują uchronić ją przed toksyczną znajomością.
Trochę bajka, trochę romans, trochę kryminał, trochę dramat.

______________

Jeśli pod postem będzie dużo komentarzy, niebawem wstawię prolog i przedstawię bohaterów.
Mam do Was jeszcze prośbę: pomóżcie mi proszę w wypromowaniu bloga.
Dziękuję Wam za wszystko.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Mijały miesiące, a Caroline coraz bardziej popadała w depresję. Victorii i Trevora już nie było. Trevor zabrał ją przed oblicze Boga, do nieba.
Victoria nie żyje. Trevor nie żyje. Mąż odszedł lata temu.
Caroline była sama na świecie. Gdyby Victoria nie pojawiła się u niej jakiś czas temu, pewnie popełniłaby samobójstwo. Już to nawet planowała.
A teraz stała tutaj, w Helston, na placu swojego rodzinnego miasta. Ludzie mijali ją bez słowa, a ona obserwowała ich szybkie kroki, zatroskane twarze i gwałtowne ruchy rąk. Byli tak pochłonięci pracą, że nie zauważali niczego na swojej drodze. Nie zważali na to, czy kopną w biegu bezpańskiego psa, czy podeptają równo posadzone kwiatki, czy nawet podeptają małe dziecko. Caroline, już w podeszłym wieku, obserwowała społeczeństwo w ciszy i zadumie. Czy kiedy ona miała dwadzieścia parę lat, życie toczyło się równie szybkim tempem? Nie, zdecydowanie nie.
- Dzień dobry, ma pani lizaka? – Z zamyśleń wyrwał Caroline głos małego chłopca. Kobieta rozpoznała go – to on wcześniej został podeptany przez jakąś kobietę z telefonem przy uchu. Caroline uśmiechnęła się lekko.
- Niestety nie, mały. Ale wiesz, że nie wolno ci rozmawiać z obcymi? Gdzie twoja mamusia?
Dzieciak wyglądał na jakieś pięć lat. Teraz w oczach malca błysnęła łza.
- Mamusia siedzi w domu, ale nie chce mnie znać. Kiedy wychodziłem, żeby pobawić się z Roxy, powiedziała mi, że mam nie wracać do domu. Ale ja wróciłem. Uderzyła mnie bardzo mocno… - załkał. – I zatrzasnęła drzwi…
Caroline objęła delikatnie płaczącego malca. Tulił się do niej, jakby znał ją od zawsze.
- Chodź, znajdziemy ci nowy dom.
Caroline załatwiła potrzebne sprawy w urzędzie, i po niedługim czasie stała się rodziną zastępczą dla małego Alexa. Oczywiście najpierw Alec przebywał w domu dziecka, ale Caroline odwiedzała go codziennie, aż w końcu zaczął mówić do niej „ciociu”. Teraz miała na nowo dla kogo żyć.

_____


*KONIEC*
  • awatar the soul of the princess: dopiero trafiłam na twój blog, piękne opowiadanie, bardzo przyjemnie się czytało. Wiesz ja również "próbuje" coś pisać, może mogłabyś zobaczyć i powiedzieć co o tym sądzisz ? dać jakąś radę ? byłabym wdzięczna :) pozdrawiam i miłego pisania
  • awatar WikiMiki:3: Świetne :)
  • awatar Vampire Diaries (Pamiętniki Wampirów): zgadzam sie, opowiadanie bylo piekne, szkoda, ze to koniec :c bedziesz pisac kolejne?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
- To niemożliwe. Caroline, ty go widzisz?
- Tak, widzę. Przystojny.
- Dziękuję – Trevor wyszczerzył się do niej.
Victoria patrzyła na Caroline. Na jej zdziwioną, bladą twarz i pociemniałe oczy. Widziała, że jej ręce drżą. Mięśnie Trevora napięły się. Poczuła jego dłoń mocniej zaciskającą się na jej. Spojrzała na niego. Jego ramiona napięte, a oczy ciemne. Wypatrywały czegoś. Usta miał zaciśnięte w kreskę.
- Trevor…
- Cicho. Ktoś się zbliża.
I wtedy zniknął. Bez żadnego dźwięku, po prostu zniknął. Błyskawicznie. Caroline potarła oczy.
- Nastraszył nas i uciekł? Wzięłam go za trochę bardziej odpowiedzialnego faceta.
Victoria spiorunowała go wzrokiem.
- Moim zdaniem Trevor poszedł sprawdzić, kto krąży wokół bloku. Przy okazji dał nam czas na znalezienie jakiejś broni i przygotowanie się. Chyba nie będzie lekko.
- Victorio, fakt, że pracowałam w domu dziecka nie znaczy, że mam w domu schowaną broń – powiedziała Caroline. – Nic tutaj nie ma.
Młoda dziewczyna uśmiechnęła się.
- Masz w kuchni noże? – spytała.
- No tak, przecież nie kroję chleba nożyczkami.
Victoria prychnęła.
- W takim razie nie będziemy musieli zabijać nikogo nożyczkami, skoro mamy noże.
- Nie wiem, czy potrafię zabić człowieka.
- Wszystkiego da się nauczyć. – Victoria zmrużyła oczy.
- Jesteś aż taka oschła, że możesz zabić człowieka? – Caroline drżała teraz na całym ciele.
Victoria zawahała się chwilę.
- Już nic nie mam w swoim życiu. Nie mam dla kogo być dobrym człowiekiem – oczy zapiekły ją od łez, ale stłumiła je. – Gdyby tobie odebrano wszystko, jaka byś była? Dam sobie uciąć rękę, że taka sama jak ja teraz.
- Cóż, Vick. Straciłabyś rękę – powiedziała Caroline spokojnie. – Straciłam wszystko co miałam, zostało mi to odebrane. A mimo to nie dałam się ponieść emocjom i jestem tutaj z tobą.
Victoria popatrzyła na nią z rozbawieniem.
- Jesteś tutaj ze mną, właśnie wyciągasz nóż z szuflady i chowasz go za pasek. Jesteś pewna, że nie dałaś się emocjom? Bo moim zdaniem twój wulkan emocji jeszcze nie wybuchł.
Caroline stała osłupiała i patrzyła pustym wzrokiem, jak Victoria chowa kolejne noże za pasek. Sama opierała dłoń na ostrzu jednego z nich. Była zaskoczona swoim zachowaniem: to ona pierwsza sięgnęła do szuflady.
Poruszyła się dopiero w chwili, gdy w progu stanął Trevor.
- Michael i Paul. Znaleźli cię, Vick. Jest z nimi Hush i dwóch innych typów. Mamy marne szanse . – Jego oczy zdradzały przerażenie.
- My? – zapytała zaskoczona Victoria.
Trevor podszedł do niej i pocałował.
- Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci się samej zabawiać – powiedział, wysuwając jeden z jej noży zza paska.

*

- Jak to jest, że widzimy cię, skoro ty umarłeś?
Caroline siedziała przy stole z zaciśniętymi pięściami. Jej wzrok przenikał przez Trevora jakby był duchem. Victoria poruszyła się gwałtownie na krześle, ale chłopak uspokoił ją spojrzeniem.
- Będziecie się śmiać.
- Mamy ci obiecać na paluszek? – Caroline patrzyła na niego z niedowierzaniem, kiedy się zaśmiał.
- No dobra, powiem wam. Mam wtyki u Boga. Kiedy umarłem, pokazał mi całe moje życie. Powiedział mi, że ma dla mnie misję. To śmieszne, ale jestem jego Aniołem Posłannikiem, a twoim – zwrócił się do Victorii – Aniołem Stróżem.
- To niedorzeczne – Caroline nie dawała za wygraną.
- Tak jest. Skrzydła dostanę dopiero wtedy, kiedy zaprowadzę Michaela i Paula do Piekła, a Victorię… bezpiecznie przyprowadzę do Nieba.
- Co? – Vicky zmarszczyła brwi.
- Bóg na ciebie czeka, kochanie.
- A co z Caroline?
- Nie wspomniał o niej. Tak samo jak o Pandzie.
Victoria drgnęła na myśl o niej. Ta roześmiana blondynka już nigdy nie będzie taka sama, o ile nadal żyje. Wciąż widziała jej obraz w oknie budynku, ze łzami w oczach…
Klucz w zamku przekręcił się. Wszyscy wstali. Usłyszeli kroki w korytarzu, w salonie… W końcu Michael stanął w kuchni, z pistoletem w ręce. Za nim wkroczył Paul.
- Kto cię wygrzebał z ziemi, Trevor? – Michael splunął na podłogę.
- Nikt mnie nawet w niej nie zagrzebał.
- Byłeś martwy! – krzyknął Paul.
- Wróciłem, żeby dać ci nauczkę.
Trevor szybkim ruchem wyciągnął nóż zza paska i celnie rzucił w Paula. Ostrze przebiło jego gardło, z ust ofiary trysnęła krew. Mężczyzna osunął się na ziemię, patrząc nie widzącymi oczami w Trevora.
Michael patrzył na Victorię.
- Tęskniłaś? – zapytał sarkastycznie.
- Bardzo.
Uniosła swój nóż, ale Trevor był szybszy. Wyrwał jej ostrze z ręki i zaszedł Michaela od tyłu.
- Wolisz poderżnięte gardło czy nóż w plecy?
- Wolałbym kulę w głowie.
- Na taką opcję nie zasługujesz – powiedział Trevor, unosząc nóż do gardła przeciwnika. – Dałbym ci jeszcze szansę na przeprosiny, ale wiem, że tego nie zrobisz.
Jednym ruchem poderżnął Michaelowi gardło.




_______________
#Wishing I had strength to stand...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
*CZYTAJCIE UWAŻNIE*
Doszłam do wniosku, że bez sensu jest publikować tutaj opowiadania, bo nikt ich nie czyta, więc zawieszę bloga. Niech skomentują ten post ci, którzy chcieliby czytać NEXT i inne opowiadania. Jeśli będzie Was mało, to końcówkę wyślę Wam prywatnie i zawieszę bloga.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Victoria gwałtownie usiadła na łóżku. Pot lał się z niej strugami, włosy lepiły jej się do karku. Caroline wpadła do pokoju jak huragan. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Była blada jak ściana, wargi miała sine.
- Ty żyjesz! – Victoria usłyszała swój krzyk.
- No tak, czemu miałabym nie żyć? – wciąż była biała.
- Ale oni tu byli… Zastrzelili cię. A później mnie…
- Spokojnie, dziecko. To był tylko sen, koszmar. Nikomu nie stała się krzywda. Nikogo tu nie było.
Victoria trochę się uspokoiła. Jednak było coś, co wciąż nie dawało jej spokoju. Otworzyła usta. Imię utkwiło jej w gardle. W końcu wydukała:
- A… Arriane!
- Arriane Shadow?
- Tak… Ja… Muszę do niej zadzwonić. Muszę.
- Spokojnie, złoto.
Caroline wyszła z pokoju, żeby wrócić po chwili z czarną słuchawką telefonu bezprzewodowego w ręce. Victoria wzięła ją drżącymi dłońmi. Wykręciła powoli numer i niecierpliwie znosiła jednostajny sygnał.
- Arriane? – powiedziała w końcu cicho, gdy usłyszała głos przyjaciółki po drugiej stronie.
- Vick?
- Tak, to ja. Tak się cieszę, że cię słyszę.
- Wiesz, która jest godzina? Co jest tak ważne?
- Właściwie to nie wiem. Obydwu. Przepraszam, że wyjechałam bez pożegnania. Musiałam. Mogłabyś coś dla mnie zrobić?
- Dla ciebie wszystko.
- Nie trzeba wszystko. Po prostu bądź ostrożna i uważaj na siebie. Najlepiej wyjedź z miasta i nie mów nikomu, gdzie się zatrzymasz. Możesz być w ogromnym niebezpieczeństwie.
Nic nie odpowiedziała.
- Arriane, błagam cię!
- Nie ma mowy, Vick. Nie zamierzam się bać ani uciekać.
- Arriane Shadow, cholera jasna, chociaż raz w życiu mnie posłuchaj! Grozi ci śmierć.
Odezwała się dopiero po chwili.
- Tobie mogę powiedzieć dokąd wyjadę?
- Tak. Nie wydam cię nikomu.
- Będę w Los Angeles. Mam tam mieszkanie.
- W porządku. Kocham cię, Arriane.
- Ja ciebie też, Vick.
Dziewczyna rozłączyła się. Victoria długo jeszcze siedziała na łóżku, z słuchawką przy uchu. Oddychała szybko. Caroline czekała cierpliwie, aż dziewczyna odnajdzie w sobie siłę na rozmowę. Po kilku minutach Victoria oddała opiekunce telefon, ale nie odezwała się ani słowem.
- Jak się czujesz? – Caroline rozpoczęła rozmowę.
- Lepiej niż wczoraj.
Po chwili dodała.
- Cały czas jestem roztrzęsiona.
- Co ci się przyśniło?
- Michael i Paul tu przyszli. Znaleźli mnie. Kiedy chciałaś mnie ratować oni… strzelili do ciebie. Trafili w serce. Było tyle krwi… Umarłaś. Później strzelili do mnie. Mnie też zabili.
- Tak się nie stanie.
- Ale jeśli? Powinnam stąd uciekać, jak najdalej.
- Posłuchaj. Gdyby tak się stało… zrobiłabym to samo. Próbowałabym cię ocalić, nawet gdybym miała przez to zginąć. Jesteś dla mnie jak córka, aniołku. Byłaby twoim ochroniarzem.
- Trevor…
- Kto?
- Trevor, Trevor Fisher.
- Kim był?
- Też mówił, że będzie moim ochroniarzem. I był. - powiedziała.
Zalała ją fala wspomnień. I opowieści. Mówiła Caroline o wszystkim, a ta cierpliwie słuchała, od czasu do czasu kiwając głową. Ze szczegółami opowiedziała ich pierwsze spotkanie pod klubem, kiedy prosił ją o odpalenie papierosa. O niewinnym pocałunku w progu drzwi. Wspomniała o pieczeniu ciasta, o praniu koszulki.
- I wtedy powiedział, że kupi mi psa i nazwie go „Guard”, czyli „ochroniarz”. Wiedział, że może umrzeć przede mną…
Później mówiła o spotkaniu z Arriane i Mattem, o napaści Michaela i Paula. O ich brutalnym morderstwie. Opowiedziała też o śnie, kiedy to siedzieli razem na pustyni i się całowali. Mówiła o tym, jak przychodzi do niej i doradza.
- Jestem u ciebie dzięki niemu, Caroline.
Słuchała tego w ciszy.
- Pewnie myślisz, że jestem chora psychicznie. Ale to prawda. Widzę go i słyszę, rozmawiam z nim i dotykam go.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Victoria zamarła. Caroline położyła dłoń na jej nadgarstku, który był ciepły i drżał.
- Spokojnie. Zaraz wrócę.
Victoria patrzyła, jak opiekunka zamyka drzwi pokoju. Kątem oka zobaczyła ruch w rogu pokoju. Odwróciła wzrok.
Na fotelu pod ścianą siedział Trevor, palił papierosa.
- Chcesz bucha?
- Jasne.
Usiadł obok niej na łóżku i podał jej papierosa. Zaciągnęła się mocno, do płuc. Victoria nie pamiętała, kiedy ostatni raz paliła. Trevor objął ją mocno i pocałował w czoło.
- Jesteś taka silna. Nie znajdą cię tutaj.
- Oby. Robię to wszystko dla ciebie.
- Ja dla ciebie naruszam prawa drugiej strony. Tęsknię za tobą. Kocham cię. To, że możesz mnie widzieć…
- Jesteś jak anioł.
- Kto wie. Może kiedyś nim byłem.
Po kilku minutach drzwi się otworzyły i stanęła w nich Caroline, z tacą w rękach. Jednak po przekroczeniu progu stanęła jak wryta i upuściła tacę z dwoma parującymi kubkami. Gorąca herbata rozlała się na podłogę.
- Kto to jest? Jak tutaj wszedł?
- Widzisz go? – Victoria nie mogła w to uwierzyć.
- Czyli to, co mówiłaś, to wszystko prawda…




_______________
Kolejny. Chyba zawieszę bloga, bo mało osób to czyta, więc nie ma sensu kontynuować.
*Kocham mocno*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
- Słucham?
- Caroline?
- Tak, kto mówi?
Victoria poczuła, jak kamień spada jej z serca. Tak długo tęskniła za tym głosem…
- Victoria Holt. Byłam pani…
Przerwała. Dziewczyna usłyszała tylko brzęczenie otwieranych drzwi. Victoria wbiegła po schodach na piąte czwarte piętro. Nie musiała pukać pod dziewiątkę. W progu stała niewysoka kobieta o krótkich, brązowych lokach i małych okularach na nosie. Miała na sobie długą, pomarańczową suknię i dżinsową kurtkę. Nic się nie zmieniła, pomyślała Victoria. Caroline, mimo szybko upływających lat, nie miała ani jednego siwego włosa. Trochę przybyło jej zmarszczek, ale dalej była miłą i piękną kobietą.
Kiedy zobaczyła swoją dawną wychowankę aż zakryła usta dłońmi.
- Moje dziecko, co ci się stało?
- Potrzebuję pomocy.
Caroline bez wahania wpuściła Victorię do środka. Od razu ściągnęła z niej potarganą kurtkę i wyrzuciła ją do kosza. Zaprowadziła poranioną dziewczynę do łazienki. Tam rozcięła chustkę usztywniającą nadgarstek uciekinierki. Westchnęła na widok spuchniętej ręki.
- To wszystko nie tak, jak myślisz… - powiedziała Victoria.
W życiu nie mówiła do nikogo z takimi emocjami. Po raz pierwszy w życiu (nie licząc Trevora) liczyła się z czyimś zdaniem. Caroline była dla niej jak matka. Wychowała ją i nauczyła bardzo dużo. Ale Victoria zapamiętała tylko jedno: bądź sobą i nigdy się nie zmieniaj.
- Wyjaśnisz mi później. Teraz trzeba opatrzyć rany. Może zaboleć.
I rzeczywiście zabolało, kiedy Care polała kolana Victorii wodą utlenioną. Po chwili wzięła do ręki antybiotyk odkażający w sprayu. Spostrzegła przerażoną minę swojej pacjentki.
- Myślałam, że już tego nie produkują. – wyszeptała Vicky.
- To masz niespodziankę, dziecko.
- Auć. – syknęła pacjentka, kiedy pielęgniarka Caroline spryskała kolana antybiotykiem.
- Już, dziecko.
Victoria usłyszała troskę w głosie Caroline. Zachowywała się, jakby mówiła do córki, a nie wychowanki z domu dziecka. Caroline Forwood była jej przyjaciółką i opiekunką, ale nigdy nie była bratnią duszą. Bo był nią Trevor.
Kiedy starsza pani opatrzyła już wszystkie rany, usztywniła nadgarstek, położyła Victorię do łóżka i zaparzyła jej herbatę, mogła zacząć słuchać opowieści byłej wychowanki. Czekała cierpliwie i z uśmiechem na ustach, aż młoda dziewczyna będzie gotowa na rozmowę.
- Wiesz, Care… - zaczęła. – Powiedzenie ci niesie za sobą ryzyko. Dość duże.
- Jestem gotowa.
- Nie chcę, aby stała ci się krzywda.
- Już nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Mów. Nawet jeśli mogę przez to zginąć.
- Możesz. Bo ja… Poznałam kogoś.
- To fantastycznie! – krzyknęła uradowana. – Jak ma na imię?
- Trevor. – mówiła spokojnie. – Tylko że… On już nie żyje.
Caroline obdarzyła ją spojrzeniem pełnym współczucia. Victoria zamknęła powieki, żeby powstrzymać napływające łzy. Udało jej się.
- Został zamordowany. – powiedziała w końcu. – Przez dwóch bandytów i to we własnym domu. Trevor pracował dla nich. Porywał dziewczyny i sprzedawał je w ich ręce. Nie muszę mówić, jak kończyły. W każdym razie, kiedy sprzeciwił im się i mnie nie oddał… musiał ponieść karę. Nie wiedziałam tylko, że go zabiją. Oni wiedzą, że ja wiem o wszystkim. Teraz ty też wiesz. Porwali mnie. Później jeden z ich ludzi mnie uwolnił, ale wydał, gdzie jestem. Chciał mnie zmylić, nigdy nie chciał mojego dobra. To był brat Trevora… - zrobiła pauzę. - Uciekłam. – powiedziała po chwili. – Trevor przychodzi do mnie w snach i mi pomaga. To się wydaje głupie, ale naprawdę tak jest. Powiedział, żebym biegła w tę stronę i weszła do najbliższego bloku i… jestem u ciebie. Wiem, że mnie szukają. Chcą mnie zabić.
- Nie pozwolę im.
- Dziękuję, Care.
- Od zawsze wiedziałam, że jesteś silna. Każda dziewczyna już by umarła ze strachu lub dałaby się zabić. Ale nie ty. Nigdy nie widziałam, żebyś płakała.
- Bo nie płaczę.
Uśmiechnęła się.
- Prześpij się. Jesteś wykończona.
- Dziękuję.
Caroline wyszła z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi. Victoria przykryła się cieplej kocem i zamknęła oczy. Starała się nie myśleć o niczym, jednak było to trudniejsze, niż się wydawało. Wiedziała, jakie niebezpieczeństwo sprowadziła na Caroline – osobę, którą kochała, której zawdzięczała najwięcej na świecie. Zastanawiała się, co u Arriane. Przecież się przyjaźniły, o ile można to nazwać przyjaźnią. Rzadko się widywały, nie ufały sobie bezgranicznie. Ale zawsze mogły na siebie liczyć.
Po długim czasie rozmyślań, Victoria zasnęła. Jednak nie spała długo. Obudziła ją zimna dłoń na czole. Gwałtownie chwyciła obcą rękę.
- Spokojnie, dziecko, to ja.
Caroline siedziała na brzegu łóżka, blada na twarzy. W ręce trzymała termometr.
- Przepraszam… Ja… Nie chciałam zrobić ci krzywdy…
- Nic się nie stało, rozumiem. Zmierz sobie gorączkę. Jesteś rozpalona.
Termometr wskazał 39,6 stopni. Victoria leżała skulona pod kołdrą i dwoma kocami. Trzęsła się z zimna.
- Wciąż rośnie…
Caroline troszczyła się o swoją podopieczną. Podawała jej leki na zbicie gorączki i rozmawiała z nią. Victoria majaczyła, miała halucynacje, ale opiekunka nie pozwalała jej zasnąć. Nie teraz.
- Caroline! Za Tobą! Uważaj!
- Spokojnie, dziecko. Tam nic nie ma.
- Nie! Uważaj! Naprawdę! Odwróć się! Caroline! Nie! Zostawcie ją! Nie!
Caroline odwróciła się do tyłu. Zobaczyła dwóch mężczyzn, ale nie znała żadnego z nich. Próbowała coś powiedzieć, ale nie pozwolili jej na to. Victoria patrzyła, jak Michael wyciąga zza paska spodni pistolet… Nie odwracając wzroku od oczu Caroline strzelił jej prosto w serce. Bezwładne ciało opiekunki runęło na ziemię. Krew wypłynęła z ust martwej kobiety. Po chwili wokół niej była już kałuża lepkiego płynu. Oczy Care były szeroko otwarte, pełne strachu i przerażenia. Podobnie jak Victorii. Tylko, że ona jeszcze żyła. Drugi mężczyzna, którego nie znała, wytargał ją siłą z łóżka.
- Zostaw! Ty morderco! Skurwielu! Co wy jej zrobiliście?! Ona nie była niczemu winna! – Victoria poczuła spływające łzy po jej policzkach.
- Nie pierdol, myślisz, że nie wiemy, o czym jej mówiłaś? A za to, że nas okłamywałaś, zapłacisz wysoką cenę. Jason, zabierz ją.
- Przestańcie! Nigdzie z wami nie pójdę! Zabiliście ją!
- Tak, zabiliśmy, tak samo jak Trevora. I Twoją przyjaciółkę, jak ona się tam…? Aria?
- Arriane!
- Właśnie. Zaraz do niej dołączysz, jak się nie zamkniesz!
- Jak to zabiliście Arriane?! Wy skurwysyny!
- Michael, czy mogę…
- Nie, Jason. Sam to zrobię.
Michael podszedł do Victorii i z siłą przyparł ją do ściany. Trzymał za szyję.
- Ostatnie słowa?
Victoria poczuła pistolet na swoim czole. Jęknęła.



_________
pytajcie: http://ask.fm/neverloseyourself
*Tak, jesteś osobą, którą kocham za wszystko i mimo wszystko*
*prośba*
Napiszcie proszę w komentarzu, kogo mam powiadamiać o rozdziale, bo już sama nie wiem
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Holt stała pod drzwiami, z zaciśniętymi zębami i przymrużonymi oczami. Wsłuchiwała się w słowa wypowiadane przed dwóch mężczyzn, niedaleko magazynu, w którym się znajdowała.
- Jak nie ona, to następna. Nie tylko ona zadawała się z tym gnojem, jest ich wiele.
- Ale ona wie to, co my chcemy wiedzieć. Ona jest następna.
Victoria dobrze znała te dwa głosy. Michael… Paul… Jak oni ją tu znaleźli? Czyżby Hush... nie mógł nic powiedzieć. Nie mógł. Zaufała mu, nie mogła kolejny raz się zawieźć. Od niego zależało jej dalsze życie... ogólnie: życie.
- Ciekawe, gdzie ten dupek ją ukrył.
- Hush to skurwiel. Możesz mi wyjaśnić, po jakiego grzyba myśmy go zatrudnili, Michael?
- To brat Trevora. Ten to dopiero był…
- Zakłamany ćpun.
Dziewczyna nie przestawała słuchać. Nie była nawet w stanie patrzeć na swoje rany, musiała być skupiona. Czy ich głosy są bliżej czy dalej? Są głośniejsze czy stają się coraz bardziej ciche?
- Hush?! Gdzie ona jest? – Victoria usłyszała Paula wrzeszczącego prawdopodobnie do telefonu. – Nie wkurwiaj mnie. Mów natychmiast, gdzie ona jest, bo dołączysz do swojego brata w piekle. Co mnie to obchodzi, że nie możesz rozmawiać?! Jak nie powiesz mi natychmiast, gdzie ona jest, to cię zabiję. I nie żartuje. Wiesz, że jestem do tego zdolny. Chociaż najlepiej wie o tym twój brat. Odwiedziłeś go na cmentarzu? Czy może więźniów piekła się nie chowa w grobach?!
- Daj spokój, Paul. Uspokój się. Znajdziemy ją i tak, z pomocą Husha czy też bez. Chodź, idziemy stąd. – Michael mówił opanowanym i spokojnym głosem.
Victoria stała w przenikającej ją na wskroś ciszy. Kroki mężczyzn ucichły, a rozmowa rozpłynęła się w oddali. Z zamyślenia wyrwała ją komórka wibrująca w plecaku. Szybko wzięła ją do ręki i odebrała. Hush.
- Szukają cię. Musisz stamtąd uciekać.
- Znajdą mnie. Teraz to niebezpieczne.
- Oni tam wrócą. Wyczają, że jesteś w tamtym magazynie. Oni wiedzą, że miałem do niego klucze…
- Teraz to mówisz?! Kurde. Wcale ze mną nie współpracowałeś. Nigdy nie zależało ci na Trevorze ani na nikim innym. Chciałeś tylko forsy. Wiedziałeś, że mnie znajdą.
- Przykro mi, że dałaś się nabrać.
Rozłączył się. Co teraz? Victoria była sama jak palec. Znowu. Pomyślała o Trevorze. Przywołała jego postać w myślach, a po chwili zobaczyła go, siedzącego pod ścianą magazynu, z papierosem w ręce i okularach przeciwsłonecznych. Tak go zapamiętała: przystojny, seksowny, podniecający.
- Trevor. – odezwała się. Po policzku spłynęła jej łza. Chłopak natychmiast zerwał się z podłogi.
- Kochanie, nie płacz. Hej. – pogładził ją po policzku.
Otarł jej drugą łzę i spojrzał w niebieskie oczy. Patrzył długo i przenikliwie, jakby chciał znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie.
- Kochasz mnie? – zapytał, nie odrywając od niej wzroku.
- Tylko Ciebie.
- W takim razie uciekaj stąd jak najdalej.
- Trevor… Widzisz, w jakim jestem stanie?
Zrobił krok do tyłu i zlustrował ją spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się na nadgarstku.
- Daj rękę.
Uniosła ją posłusznie. Była ciężka, jakby ktoś przykuł do niej kotwicę, i obolała, jakby rozwaliła nią przynajmniej dziesięć cegieł. Trevor rozwinął chustkę i dokładnie obejrzał nadgarstek. W końcu, ku jej zaskoczeniu, pogładził go delikatnie opuszkami palców i uniósł dłoń do swoich ust. Spojrzał Victorii głęboko w oczy, po czym pocałował skręcony nadgarstek. Westchnęła. Następnie Trevor wyciągnął czarną bandanę ze swojej kieszeni i owinął rękę dziewczyny. Zrobił to bardzo dokładnie i najdelikatniej na świecie. W końcu przyciągnął Vicky do siebie i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.
- Uciekaj, aniele. Biegnij w prawą stronę. Będę zaraz za Tobą. Wejdź do pierwszego bloku, jaki zobaczysz.
- Trevor…
- Wszystko będzie dobrze, aniołku. Aha. Pamiętaj o jednym: Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza i najwspanialsza. Nie ważne, co się stanie. Już jestem z ciebie zajebiście dumny. Wciąż żyjesz. Kocham cię mocno.
Pocałował ją w czoło na pożegnanie i podszedł do metalowych drzwi.
- Trevor, jesteś martwy. Czemu wciąż z tobą rozmawiam?
- Nie pozwoliłaś mi odejść. Jestem ci za to cholernie wdzięczny.
- Za bardzo cię kocham, żeby pozwolić ci odejść.
- Ja ciebie też.
Trevor otworzył drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Dał Victorii znak, że droga wolna. Wyszła po cichu z magazynu i rozglądnęła się. Rzeczywiście, było pusto i… czysto. Jednak wciąż była przerażona. Nie chciała umierać.
Pobiegła w prawo, tak jak mówił Trevor. Od czasu do czasu spoglądała za siebie. Jednak Michael i Paul zniknęli. W końcu zobaczyła osiedle. Stanęła pod blokiem numer 56. Spojrzała na listę mieszkańców i przetarła oczy.
- To niemożliwe – powiedziała sama do siebie.
Pod numerem dziewiątym napisane było nazwisko, którego Victoria nigdy nie zapomni. Tej osobie Holt jest wdzięczna jak nikomu innemu. Była jej bliska, kiedy tego potrzebowała. Była wsparciem, kiedy nie było nikogo. Była nadzieją, kiedy nic nie zostawało. Była światłem, kiedy świat zalewała ciemność. Była podporą, kiedy dusza nie miała już sił.
- Nie wierzę… - wyszeptała Victoria i zadzwoniła pod numer 9.






______________
"Zawsze będę z Tobą."
"Jesteś dla mnie wszystkim. Naprawdę wszystkim. Ja Cię nigdy nie zostawię."
KOCHAM CIĘ NAJMOCNIEJ NA ŚWIECIE. ♥

Teraz możecie się domyślać, kto to jest. Piszcie w komentarzach. Dziękuję Wam za wszystko i zapraszam na drugiego bloga: http://neverloseyourself.pinger.pl/
i na aska: http://ask.fm/neverloseyourself
Proszę o szczere opinie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
- Widzisz to przejście? – Hush wskazał palcem ciemną kreskę na kartce papieru.
- Widzę.
- Tędy wyjdziesz. Podjadę tam samochodem. Zawiozę cię do opuszczonego magazynu. Wszystkie dziewczyny, które stąd uciekały, miały się tam znaleźć. Ale zwykle były zbyt tępe, żeby znaleźć drogę. Ty ją znajdziesz, jesteś zupełnie inna.
Victoria uśmiechnęła się.
- Nie boisz się, że cię złapią?
- Mi nic nie mogą zrobić, bo mam znajomego w FBI. On tylko czeka na zgłoszenie typów jak oni. Mam na nich dużego haka, mogą mnie najwyżej wyrzucić z pracy, a za to byłbym im cholernie wdzięczny. Martwię się o ciebie, bo tobie mogą zrobić ogromną krzywdę.
- Dziękuję ci. Kiedy to zrobimy?
- Zaraz. Muszę się tylko dowiedzieć, za ile będą z powrotem.
- Jak to zrobisz?
- Żaden problem. Zaufaj.
- Zaufanie to rzecz złudna.
- Ale boli jak prawdziwa.
Po kilkunastu minutach byli już gotowi do ucieczki. Oczywiście tylko psychicznie. Fizycznie Victoria była wyczerpana. Nadgarstek był spuchnięty, wygięty i bolał niemiłosiernie. Kolana wciąż lekko krwawiły, piekły. Plecy bolały przy każdym ruchu – były pokryte siniakami. Nie jadła nic od dwudziestu czterech godzin. Ciągle odczuwała lekkie zawroty głowy i nudności, ale tłumiła to w sobie.
Hush zaparkował samochód pod starą, opuszczoną kamienicą. Victoria podniosła się z fotela.
- Dwieście metrów. Będzie magazyn, w uliczce. Uciekaj tak szybko, jak możesz. Będą cię szukać.
- Wiem. Mogą mnie tu znaleźć?
- Mogą cię znaleźć wszędzie. Dalej nie mogę cię zawieźć. Skontaktuję się z tobą, Uciekaj.
- Odejdziesz stamtąd?
- Odejdę. I zadzwonię. Obiecuję.
- Nie obiecuj. Obietnica to najgorszy cios, jaki człowiek może zadać. Druga osoba wierzy, a tamta nawet nie ma zamiaru spełniać obietnicy.
- Biegnij.
Wypadła z samochodu i pobiegła przed siebie. Ulica była pusta. Dziewczyna, poza odgłosem swoich stop, słyszała tylko odjeżdżający z tyłu samochód Husha. Liczyła metry. Przebiegła pięćdziesiąt. Starała się nie myśleć o tym, ile krwi straciła. O tym, że złamała nadgarstek i mogą wystąpić powikłania lub kość może źle się zrosnąć. O tym, że całe plecy wytatuowane były siniakami i zadrapaniami. O tym, że kocha Trevora mimo to, że ją w to wplątał.
Sto pięćdziesiąt metrów. Zbliżała się do małego zaułku. Przyspieszyła. Po chwili stała już pod zabarykadowanymi kontenerem drzwiami magazynu. Ostrożnie przecisnęła się między pojemnikiem a ścianą budynku. Pchnęła ciężkie, metalowe drzwi i wemknęła się do środka. Po cichutku zamknęła drzwi. Rozejrzała się po magazynie. W rogu stał plecak, list i dająca słabe światło lampa.
„ Jesteś następna. Ale pomogłem ci, może już cię nie znajdą. Jesteś jedną z wielu, nie pierwsza i nie ostatnia. Uciekniesz, uda ci się. Ich czas się zbliża, nie martw się. Tutaj masz potrzebne rzeczy. Jestem z tobą,
Hush.”
Victoria mimowolnie uśmiechnęła się. Powoli usiadła na brudnej i zimnej podłodze. Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej na razie jestem bezpieczna, pomyślała. Spojrzała w dół, na swoje ciało. Krew na kolanach najwidoczniej nie miała zamiaru zasychać. Nadgarstek był spuchnięty jeszcze bardziej, niż wcześniej. Dziewczyna sięgnęła do plecaka i wyciągnęła czarną bluzę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ma gęsią skórkę na ramionach. Zanim ubrała na siebie bluzę, opróżniła kieszenie kurtki. Wypadła z nich woda utleniona. Vick uśmiechnęła się. Zapięła zamek bluzy i odkręciła plastikową butelkę z magiczną cieczą. Bez chwili wahania wylała zawartość na brudne kolana. Jęknęła z bólu. Kolana były spuchnięte i sine. Woda utleniona wyżerała z jej ciała brudną skórę i mięso kolan. Żeby nie myśleć o tym ogromnym bólu, zajęła się owijaniem chustką nadgarstka, najpierw go nastawiając. Usłyszała chrzęst kości i zalała ją nową fala bólu. Zacisnęła powieki i przygryzła dolną wargę. Po kilku sekundach otwarła oczy i rozpoczęła ciasne owijanie chorej ręki. Zaciskała chustę mocno, aby usztywnić nadgarstek. Po skończonej pracy spięła chustę wsuwką wyciągniętą z włosów. Zajrzała do plecaka. Uśmiechnęła się na widok bandaża elastycznego. Nie czekając sekundy dłużej, Victoria zabrała się za owijanie kolan. Poczuła ulgę, bo w końcu pieczenie ustąpiło zwykłemu pobolewaniu.
Dziewczyna w plecaku znalazła jeszcze zapałki, telefon komórkowy, kolejny bandaż, plastry i butelkę wody. Upiła kilka łyków. Pozostało jej tylko czekać na telefon od Husha.

Victorię obudziły kroki obok magazynu. Dziewczyna po cichu wstała i zdmuchnęła świeczkę w lampie. Ukryła plecak, a sama schowała się tuż przy drzwiach, żeby w razie czego szybko uciec. Czekała. Usłyszała, jak ktoś przesuwa kontener…




_____________________
*Tak często Cię widzę, choć tak rzadko spotykam* ...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Życie mi zdeptało wyobraźnię. Tyle razy już usłyszałam, że to, co piszę, jest chore. Mają rację? Chcę znać Waszą szczerą opinię na temat tego opowiadania. Mogę na Was liczyć?
  • awatar Olga Blanco <333: Nie przejmuj się ;) Myślę, że po prostu ci zazdroszczą talentu ;)
  • awatar Vampire Diaries (Pamiętniki Wampirów): No chyba raczej nie ? Twoje opowiadanie są genialne , a w szczególności to , z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały . Pisz dalej , bo masz talent i nie przejmuj się ;) TYLKO proszę DODAJ już KOLEJNY ROZDZIAŁ :D :D :D :***
  • awatar triste pour toujours: Nie przejmuj się :) Pisz to dalej tak jak pisałaś :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

tinista.love
 
fuckingmemories
 
Super blog, opowiadania, a już wygląd to w ogóle! Pozdrawiam!
 

 
Wepchnęli ją do samochodu. Victoria siedziała bez ruchu. Co miała teraz zrobić? Czuła, jak woda utleniona, którą wciąż trzymała w kieszeni kurtki, wbija jej się w bok. Poczuła, jak ktoś zawiązuje jej ręce na plecach. Cudownie, pomyślała.
Po kilkunastu minutach jazdy samochód zatrzymał się tak gwałtownie, że Victoria uderzyła głową w siedzenie z przodu. Zagryzła wargi z bólu.
- Nie bolało? To lepiej.
- Gdzie ja jestem?
- Zamknij się i ruszaj.
Któryś kopnął ją w plecy i wypadła z samochodu. Jęknęła z bólu. Poczuła chłód, i jednocześnie pieczenie na kolanach.
No pięknie, pomyślała. Przedziurawiłam spodnie. Leje się krew z kolan. Kurde. Co mam robić? Spokojnie. Vicky, idiotko, weź się pozbieraj do kupy. Musisz myśleć teraz racjonalnie. Ucieczka. Musisz im się wyrwać. Uciec.
- Szybciej.
Worek został zrzucony z jej głowy, a Victorię oślepiło białe światło.
- Hush! Hush, gdzie jesteś, do cholery?! – wrzasnął Paul.
- Tutaj, szefie.
Victorii ukazał się wysoki rudzielec. Był chudy, naprawdę chudy. Oczy miał przysłonięte daszkiem bejsbolówki. Patrzyłam na niego dość długą chwilę. Ten sposób, w jaki palił papierosa… Musiał znać Trevora. Musiał. Trzymali papierosa w identyczny sposób. I ten cień uśmiechu a twarzy…
- Zajmij się nią.
- Szybko. – Hush złapał dziewczynę za ramię i mocno szarpnął.
Błyskawicznie znalazła się w jasnym pomieszczeniu. Było niewielkie. Przypominało mały pokój w ośrodku psychiatrycznym. Dziewczyna była już wyczerpana. Miała zawroty głowy. Hush, podobnie jak Paul i Michael, nie okazywał litości. Popchnął ją z całej siły pod ścianę, żeby móc ją przywiązać do haka za jej plecami. Upadła. Uderzyła w biały mur tak mocno, że z początku nie mogła złapać oddechu. Płuca bolały ją niemiłosiernie. Jednak po kilku sekundach ból przestał jej przeszkadzać. Oddychała płytko.
Sam rudzielec usiadł naprzeciwko niej, na metalowym stołku. Przyglądał jej się z zaciekawieniem. Kilkuminutową ciszę przerwała Victoria.
- Jak dobrze… znałeś Trevora? – wydyszała.
Dziewczyna była ledwo żywa. Oddech wciąż był płytki, z kolan ciekła krew, a plecy były całe w siniakach. Prawy nadgarstek odmówił jej posłuszeństwa trzy godziny wcześniej, kiedy została wepchnięta do samochodu. Był spuchnięty i nieruchomy.
- Jak nikogo – odpowiedział Hush. – Był dla mnie najbliższą osobą.
- Jak długo się znaliście?
- Całe życie. Mieliśmy wspólny pokój aż do jego przeprowadzki. Byliśmy braćmi. Kochałem go najbardziej na świecie, jak nigdy nikogo. Chociaż znienawidziłem go, kiedy wplątał mnie w to gówno, to… to było najlepsze rozwiązanie, teraz to wiem.
- Rozwiązanie czego?
- Życia. Miałaś kiedyś wybór: albo znajdziesz kogoś, kto się zaangażuje i będzie wykonywał czarną robotę, albo twoja zabiją ci rodzinę?
- Nigdy nie miałam rodziny. Szesnaście lat spędziłam w domu dziecka, pod czujnym okiem wychowawców, którym i tak wszystko zawsze umykało. Później zamieszkałam na dwa lata u Care, jednej z opiekunek. Byłam na jej ślubie, pomagałam jej. Ale mimo to był między nami dystans. Ja jej do siebie nie dopuszczałam. Bałam się bliskości. Nie ufałam jej. Nikomu nigdy nie ufałam. Nie. Była jedna osoba…
- On.
- On. Twój brat. Kochałam go. Chociaż przez niego jestem tutaj, może niedługo będę już po drugiej stronie. Przez niego ukrywałam się miesiącami. Przez niego musiałam zadawać się z dwoma idiotami, a raczej musiałam udawać, że ich kocham. Przez niego musiałam zostawić moją ukochaną przyjaciółkę i ukochane Helston. Ale mimo wszystko tęsknię za nim. Wybaczyłam mu to wszystko, każdy błąd. Chcę z nim być. Chcę, by mnie przytulił jak kiedyś. By mnie pocałował jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Chcę, żeby mnie kochał tak mocno, jak ja kocham jego.
- Musiałabyś umrzeć, by z nim być.
- Wiem, że on chciałby, bym żyła.
- Masz rację. Mogę ci pomóc. Uwolniłem stąd mnóstwo dziewczyn. Nie wiem, czemu mnie jeszcze nie wypieprzyli.
- Zapewne domyślasz się, że ci nie ufam.
- Zapewne domyślasz się, że Trevor by zaufał.
Victoria mimowolnie uśmiechnęła się na myśl o chłopaku.
- Zrobimy tak – usiadł obok niej, na ziemi, wyciągając z kieszeni spodni plan magazynu.





_______________
*leave this mess behind*
  • awatar triste pour toujours: Świetny :)
  • awatar Kasiaa ! ;*: Cześć :D Nominuję cię do Liebster Blog Award :) “Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Moje pytania do Ciebie znajdziesz na moim blogu. :)
  • awatar † Never say never , ;3 ! ♥ †: świetne ;3, wpadnij do mnie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.
Nominowała mnie
http://pamietniki1.pinger.pl/

1. Masz jakieś hobby ?
Pisanie opowiadań to chyba to
2. Ulubiony sklep ?
Nie mam ulubionego, kupuje, gdzie mi się podoba.
3. Czym jest dla Ciebie przyjaźń ?
Najważniejszą rzeczą na świecie. ♥
4. Dlaczego postanowiłaś/eś prowadzić pingera ?
Ponieważ chcę znać opinię innych na temat moich opowiadań i chcę je tutaj dalej udostępniać
5. Ulubiona piosenka ?
Nie mam jednej ulubionej. Ale np. Linkin Park - Numb, Memphis May Fire - Miles Away, Five Finger Death Punch - Remember Everything, Three Days Grace - One X, 3 Doors Down - Here Without You ♥
6. Zawód ,który chcesz wykonywać w przyszłości?
Tłumacz. XD
7. Ulubiona bajka z dzieciństwa ?
Tabaluga, Smerfy, Miś Uszatek
8. Jaki masz kolor oczu?
Niebieski ^^
9. Na co , jako pierwsze zwracasz uwagę u płci przeciwnej ?
Oczy i uśmiech
10. Cecha , której nie lubisz u innych ludzi to ..?
Fałszywość. I jak myślą, że są lepsi od innych.
11. Z czego jesteś najbardziej dumna / ny ?
Z tego, że nauczyłam się być cierpliwą i że nie wolno się poddawać, nigdy. I są osoby, z których jestem dumna i to bardzo.


NOMINUJĘ:
1. http://ange.de.la.mort.pinger.pl/
2. http://pawa45.pinger.pl/
3. http://szatynka89.pinger.pl/
4. http://marika173.pinger.pl/
5. http://kissolunia.pinger.pl/
6. http://karo21.pinger.pl/
7. http://fantastycznie.pinger.pl/
8. http://panttera.pinger.pl/
9. http://kuczkaxd.pinger.pl/
10. http://iloveslash.pinger.pl/
11. http://pawlusia.pinger.pl/


Pytania do Was:
1. Szczęśliwa liczba?
2. Największe marzenie?
3. Skąd jesteś?
4. Motto życiowe?
5. Dlaczego prowadzisz bloga?
6. Ulubiony film?
7. Ile masz lat?
8. Ulubiony kolor?
9. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa?
10. Wierzysz w przyjaźń damsko-męską? Dlaczego?
11. Twoje hobby?
  • awatar Esta Vida: Świetny blog, zapraszam! Jestem nowa
  • awatar Expirion.: Odpowie tu, jeśli oczywiście to nie problem :) 1.Nie mam, aczkolwiek bardzo lubię 6,13 i te co mają w sobie '6'. 2.Hm ostatnio spełniło się jedno (wydałam moją pierwszą książkę), kolejne jest w realizacji (jadę do Włoch). Prócz tego bardzo bym chciała zostać strażakiem. xd 3.Lublin wita! :D 4."Może wszyscy są szczęśliwi tylko nie wszyscy to widzą?" 5.Bardzo lubię pisać opowiadania, spędzać tu z wami czas. To mój czas na relaks :) 6.Zdecydowanie "Ki"! <3 7.sexy szesnasteczka! xd 8.czarny,czerwony 9.Jest ich wiele... Ale być może jak biegałam po ogromnej górze z piasku nago w wieku kilku lat. Wspaniała ja ;_; Beztroskie lata życia, eh. 10.Wierzę, ponieważ można mieć już męża i przyjaciela, nie? Zresztą w naszym wieku również :) Trzeba trafić odpowiednio, to wszystko :P 11.Wspinaczka, pisanie, czytanie książek, śpiew. Dzięki i miłego wieczoru, aniołku :*
  • awatar ✝ ѕateenkaari ♥: 1. Hmm chyba 9 :) 2. Odnaleźć szczęście <3 3. Kalisz. :D 4. " Nikt nie zasługuje na Twoje łzy, a ten, kto na nie zasługuje na pewno nie doprowadzi Cię do płaczu. " 5. Hmm. Aby podzielić się z ludźmi moim talentem, tak jakby.. XD 6. Dużo ich. :D Bardziej takie romantyczne. 7. rocznikowo 16 :D 8. Turkus *-* 9. Nauka jazdy na rowerze ;o 10. Tak, ale być może po pewnym czasie jedno z nich się zakocha. A dlaczego wierze? Bo sama kiedyś miałam taką przyjaźń. 11. Pisanie opowiadań <3 Sorki, nie mam zbytnio czasu by nominować osoby, wybacz :) Ale dziękuję za nominacje :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
*Nie jestem żołnierzem a mimo to codziennie walczę. Ze samą sobą*

*Świat ma tylko cztery strony a w tym świecie nie ma mnie*

*Nie wiem już nic, gubię się cały czas gdzieś, tracę wyobraźnię, pomóż mi wstać*


*rozdział w weekend*
 

 
Victoria rzuciła się biegiem przed siebie. Po kilku metrach obejrzała się za siebie, ale nie dostrzegła nigdzie Paula. Mimo to dopiero po kilometrze zatrzymała się. Co teraz robić? Jezu, co dalej? Przecież on ją znajdzie, znajdzie na pewno. Weszła do dużego centrum handlowego i wtopiła się w tłum włoskiego społeczeństwa.
*
Dominic błąkał się po apartamencie, kiedy Lisa wpadła do środka.
- Ogłupiałeś?
- Wyjechała! Beze mnie! To nie tak miało wyglądać!
- Dominic, spokojnie. Nie była ciebie warta i tyle.
- Ha, jasne. Na pewno się cieszysz, że mnie zostawiła.
- Opowiadasz głupoty. Usiądź i się uspokój, zrobię ci kawę.
Oczywiście jej nie posłuchał. Cały czas zastanawiał się, dlaczego go opuściła. Był przekonany, że ją kocha. Gdyby go kochała, to by go nie zostawiła. Okłamywała go bez przerwy. Żył w kłamstwie tak długi czas.
- Dominic!
- Przestań, Lis. Jeśli przyjechałaś po to, żeby mnie wkurzać, to od razu wyjdź.
- Nie… Przyjechałam po to, żeby cię odzyskać.
Spojrzał na nią. Uspokoił się natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Patrzyła na niego z bólem w oczach, które szkliły się od łez. Podszedł bliżej. Dotknął dłonią jej policzka, a ona pocałowała jej wierzch. Oparł swoje czoło o jej i powiedział:
- Tym razem nie pozwolę ci odejść.
Przypieczętował tę obietnicę gorącym pocałunkiem.
*
Victoria zamknęła się w toalecie i wygrzebała numer telefonu sklepu z ubraniami.
- Daj mi Pandę do telefonu.
- Mogłabym, ale jest za daleko.
- To nie było pytanie, słonko. Jeśli natychmiast mi jej nie dasz, stanie się katastrofa. Ona jest w niebezpieczeństwie, daj jej słuchawkę.
- Ale…
- Oddaj jej słuchawkę. - powiedziała stanowczo.
Trochę podkoloryzowała, ale to był jedyny sposób. Nie mogła jej grozić, gdyż nie miała pewności, że rozmowy nie były nagrywane. Ostatnia rzecz, jakiej jej brakowało, to rozprawa w sądzie.
- Halo? – po chwili usłyszała głos Pandy po drugiej stronie.
- Cześć, tu Jamie. Musimy się spotkać i pogadać. Masz kogoś bliskiego?
- Nie. Jesteś dobrą kandydatką.
- Świetnie. Jestem w galerii niedaleko Twojej pracy. Spotkajmy się tu.
- Ok, będę za pół godziny w Deliciouse.
- W porządku, będę czekać.
Victorii dwadzieścia minut zajęło szukanie kawiarenki. Po dotarciu na miejsce zajęła jedyny wolny stolik i czekała. Po upływie kilkunastu sekund Panda pojawiła się w drzwiach, szukając wzrokiem „Jamie”. Vick pomachała jej ręką.
- O czym chciałaś porozmawiać?
- Sprawa wygląda tak. Jesteś jedyną osobą, którą tutaj znam. Jeśli uda mi się przeżyć, wyniosę się stąd jak najszybciej się da i zapomnisz o mnie i całej sytuacji. Tylko najpierw mi pomóż.
- Co mam zrobić?
Plan był niemal idealny. Panda zarezerwuje mój pokój w hotelu. Będą musieli wyrzucić stamtąd moje rzeczy, a Victoria nie będzie musiała już tam wracać. Pandora nie została wtajemniczona we wszystko. Tylko w to, że dwoje psychopatów poszukuje Jamie. Opisała ich wygląd i podała imiona. Po chwili dziewczyny rozeszły się, gdyż Panda musiała wracać do pracy. Ale wieczorem i tak były umówione – Vicky nie miała gdzie się podziać.
„Jamie” plątała się po galerii do wieczora. Nie mogła pozwolić, aby Paul ją znalazł. Wychodząc z galerii odebrała dziwny telefon.
- Wiem, że się ukrywasz, Victorio Holt. Jesteś następna. Nie uda ci się uciec. Razem z Paulem cię obserwujemy. Dla swojego dobra nie walcz, tylko się poddaj. To, że Trevor ci wszystko powiedział, grozi twojemu bezpieczeństwu. Poddaj się. Jesteś następna.
Biegiem popędziła do Pandy. Jednak tuż przed jej blokiem z krzaków wyłoniło się dwóch mężczyzn.
- Dokąd się spieszysz, Victorio?
- Michael. Paul.
- Zostawcie ją! – usłyszała głos Pandy. – Puśćcie Jamie!
- Jamie? Jak oryginalnie. Idziemy.
- Ona nigdzie nie pójdzie! – Panda nie dawała za wygraną.
Zirytowany Paul nacisnął odwrócił się do blondynki i szybko przypadł ją do ściany bloku, przyduszając ją.
- Zamilcz, albo cię zabije. Wracaj do bloku i zapomnij o tym zajściu. Jeśli dowiem się, że powiedziałaś komukolwiek, zabije ciebie i osoby, które się dowiedziały. – mimo tej groźby jeszcze przejechał nożem po jej szyi, ale nic jej nie zrobił. Wbił nóż dopiero w ramię, dla nauczki. Nie zabijał jej.
Jęknęła z bólu.
- Wracaj na górę.
Po kilku minutach Victoria zobaczyła ją w oknie bloku. Blondynka patrzyła na nią z przerażeniem i ze łzami w oczach.
- Przepraszam – powiedziała bezgłośnie Vicky.
- Ruszaj.
- Nie idę.
- To się jeszcze okaże.
Michael uderzył ją w policzek i zarzucił jej na głowę worek.
- Jesteś następna.



________________
*How am I supposed to be everything they expect me to be when I feel so alone*
*Please be strong, be strong for me.*
  • awatar iloveslash: co tu się wyprawia?! O.o świetny rozdział :3
  • awatar Dream ...: Boże , boże mają ją x ddd : 33 . I co teraz bd ? x dd . Szybko pisz kolejny rozdział , bo jestem mega ciekawska : ** . I ten oto rozdział jest zajebisty i wciągający od razu , już ci mówie <3
  • awatar ♥Żуנę ѕιę туℓкσ яαz♥: Fantastyczny to odpowiednie słowo opisujące ten rozdział chociaż może to za mało? Tak zdecydowanie to za mało! Żadne słowa nie wyrażą tego jak wspaniały jest ten rozdział i całe twoje opowiadanie ;* Już się nie mogę doczekać kolejnego <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Samolot wylądował na Roma-Air-Add. Victoria nie wiedziała, co ma robić. Była przecież sama w kraju, którego nigdy wcześniej nie odwiedziła. Zabrała swój bagaż i opuściła lotnisko. Wsiadła do taksówki i pojechała do najbliższego hotelu. Dobrze, że taksówkarz znał angielski.
Po dojechaniu na miejsce, zapłaciła należną kwotę i zameldowała się w hotelu. Miał trzy gwiazdki, był niewielki, ale tani. Kiedy otworzyła kluczem swój pokój zrozumiała, dlaczego nie kosztuje tak dużo. Zastanawiała się tylko, co za idiota dał temu miejscu aż trzy gwiazdki.
Pokój był bardzo mały, z zaciekami na ścianach i nieokurzoną wykładziną. Otworzyła okno, żeby się nie udusić. Po pajęczynie zsunął się pająk i był na wysokości jej oczu. Wzięła go na chusteczkę i pozwoliła mu wyjść na zewnątrz. Zaraz po tym zamknęła brudne okno, gdyż nie chciała go z powrotem w pomieszczeniu. Otworzyła drzwi do łazienki. Była tak mała, że brakowało jej nie tylko prysznica, ale półek. Na zaledwie dwóch metrach kwadratowych mieściła się umywalka, toaleta i płachta, zwisająca bezwładnie z sufitu. Odsunęła ją i zobaczyła, że całkiem niedawno ktoś używał tego „prysznica”. Płachta była pokryta kroplami wody. Miała ochotę zrobić awanturę w recepcji, ale była na to zbyt zmęczona. Od razu położyła się spać. Materac skrzypiał niemiłosiernie, ale przemęczenie zwyciężyło irytację.
Nazajutrz Victoria udała się na miasto, żeby zmienić trochę swój wygląd. Włosy obcięła na bardzo krótkie i przefarbowała na czarno-granatowy. W sklepie z ubraniami dziewczyna odrzuciła czarne spodnie ze skórzanymi wstawkami na stertę innych ciuchów, a zamiast nich kupiła jasne dżinsy z wysokim stanem, czerwoną koszulą i tenisówki w kwiatki. Normalnie nigdy by się tak nie ubrała. Kolory jej ubrań były zawsze czarne, białe lub szare. Ostatni raz założyła coś barwnego na wesele Caroline, które odbyło się cztery lat temu. Była to granatowa sukienka z czerwonym paskiem w talii, do tego czerwone szpilki. Teraz sytuacja wymagała kolorowych ubrań. Kupiła jeszcze dwie niebieskie koszulki, spodnie moro i brązową bluzę. Kasjerka o blond włosach przyjrzała jej się bacznie, ale nic nie skomentowała. Cóż, to na pewno dziwnie wyglądało: ubrana na czarno dziewczyna kupowała buty w kwiatki.
- To będzie 349, 99 zł. – powiedziała ze znudzonym uśmiechem. – Paragon i wizytówkę sklepu wrzucam do reklamówki.
- Mogę o coś zapytać? – kiwnęła głową, zgadzając się. – Dlaczego na przypince pisze pani „Panda”?
- Skrót od „Pandora”, tak mam na imię. A ty jesteś? – Vick spojrzała na nią przenikliwie.
- Jamie. Jamie Locke. – blondynka uśmiechnęła się.
- Zadzwoń, mogę pokazać ci miasto, chyba dopiero przyjechałaś.
- Tak, pochodzę z drugiego końca Włoch, zadzwonię.
- Pytaj o Pandę.
- Na pewno mnie zapamiętasz?
- Powiedz „Jamie Locke - gotka z kwiecistymi tenisówkami”.
- W porządku – powiedziała Vick z uśmiechem.
Miła jest, a ja ją muszę okłamywać – pomyślała. Ale trudno, jeśli chciała żyć, to było jedyne wyjście. JAMIE BLAIR LOCKE. Tak ustaliła z Nickiem. Po miesiącu pobytu w Szkocji wyjedzie do Włoch, przefarbuje włosy na czarno i będzie nazywać się Jamie Blair Locke. Fałszywy dowód dostała zaraz po powrocie ze Szkocji.
Po dotarciu do swojego lokum zsunęła z siebie dawne ubrania i założyła czerwoną koszulę, spodnie moro i kwieciste tenisówki. Pod koszulą miała czarną bokserkę. Zerknęła na swoje odbicie w lustrze i nie wierzyła, że to ona. Delikatnie nałożyła na powieki kolorowy cień i różowy błyszczyk na usta. Przeszły ją dreszcze, kiedy spojrzała na siebie. Stwierdziła, że nie przypomina siebie sprzed kilku miesięcy.
Victoria weszła do łazienki. Znowu zauważyła krople wody na płachcie. Zmarszczyła brwi i wtedy coś innego przykuło jej uwagę. W umywalce był nóż. Metalowy sztylet pobrudzony krwią. Chciała wziąć go do ręki, ale w porę przypomniała sobie, że nie może zostawić odcisków palców. Z dwóch powodów. Pierwszy, może mieć problemy z policją. Drugi, odkryją jej kłamstwa i fakt, że nazywa się Victoria Holt. Szybko wyszła z łazienki i otworzyła walizkę. Po odnalezieniu w niej wody utlenionej i chusty, zasunęła zamek walizki i jak gdyby nigdy nic zeszła na dół. Przy recepcji dokładnie przyjrzała się recepcjoniście, który właśnie wręczał klucz starszemu mężczyźnie. Idiotka ze mnie, pomyślała Victoria. Jak mogła wcześniej nie zauważyć? Recepcjonistą był Paul.
Dziewczyna szybkim krokiem opuściła budynek. Kiedy była w bezpiecznej odległości odwróciła się. Paul stał w drzwiach hotelu i patrzył na nią. Jego wargi bezgłośnie wypowiedziały jedno zdanie. Odczytała je bez najmniejszego problemu. JESTEŚ NASTĘPNA, VICTORIO HOLT.





*You pull me back to land and save me once again*
__________________


Przepraszam Was, że tyle musieliście czekać na rozdział. Dużo się u mnie dzieje, nie miałam czasu na pisanie. Komentujcie i pytajcie: ask.fm/neverloseyourself ;3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Znowu sprawiasz mi ból, a nawet nie wiesz, że to robisz.
Ta Twoja obojętność rozpie*dala mnie od środka.

 

 
I CARE TOO MUCH.
I CAN'T DEAL WITH IT.
I AM TOO WEAK.
I AM LOST AND SCARED.
I DON'T KNOW WHAT TO DO.












Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Victoria stała na pustkowiu, miała pełno piasku w butach. Wiał wiatr, słońce lekko wyłaniało się zza chmur. Nie poruszała się, tylko rozglądała. Nie widziała nic, poza ziarnami piasku przesypującymi się z jednej strony na drugą. To nie była pustynia. Wokół rosły trawy, w oddali widziała las. Słyszała wodospad, prawdopodobnie był za nią. Obok niej stały duże głazy. Przetarła oczy ręką i rozejrzała się jeszcze raz. Parę metrów przed nią ktoś siedział na urwisku. Obserwowała. Postać nie robiła nic, tylko podnosiła rękę do ust i odkładała z powrotem na kolana. Od czasu do czasu przechylała lekko głowę do tyłu i wypuszczała w powietrze dym papierosowy. Było w tych ruchach coś bardzo znajomego i pociągającego. Zrobiła kilka kroków w stronę chłopaka. Nie myliła się. Trevor siedział na urwisku, machając nogami nad przepaścią. Usiadła obok niego. Wyciągnęła mu z ust papierosa, zaciągnęła się mocno i oddała mu pomiędzy dwa palce. Ten spojrzał na nią ze smutkiem.
- Zostaw Nicka.
- Co?
- Zostaw go. To nie facet dla ciebie.
- Nie kocham go.
- On ciebie tak, ale nie pomoże ci.
- To kto pomoże? Nie chcę umierać.
- Nie ufaj nikomu, skarbie mój. To cię zgubi.
- Tylko tobie w całym moim życiu ufałam.
- I wzajemnie, złoto. Nie chciałem cię zostawić.
- Co tu robisz?
- Przyszedłem ci pomoc. Jestem twoim ochroniarzem, aniołem stróżem.
- W takim razie co mam robić, stróżu?
- Wyjedź. Duże miasto, centrum, ogrom ludzi. Tam cię nie znajdą. Nie kontaktuj się z nikim. Da się zrobić? – popatrzył na nią z nadzieją.
- Wszystko da się zrobić, Trevor. To nawet nie zaboli.
- Nie? Przywiązałaś się do Nicka, Caspra.
- Nie jestem tak przywiązana, jak do ciebie. Widzisz, radzę sobie jakoś. Ciężko, nasze spotkanie jest na to dowodem. Byłam załamana i wkurzona, że umarłeś. Ale potrafiłam zacząć od nowa. Bo ty tego chciałeś.
- No chciałem. Jestem z tobą zawsze i wszędzie, nawet jeśli mnie nie widzisz i nie czujesz.
- Teraz cię widzę i czuję.
- Oh, skarbie mój. Ja cię naprawdę kocham, Vick.
- Ja ciebie też kocham, Trevor. Całym sercem. Żyję jeszcze dla ciebie.
Trevor rzucił niewypalonego papierosa w przepaść i objął Victorię ramieniem. Ona położyła mu głowę na ramieniu i swoją dłoń na jego dłoni. Spojrzała mu głęboko w oczy. Patrzył na nią z nadzieją, czułością, miłością, troską i lekkim uśmiechem. Zbliżył swoje usta do jej i złożył na nich namiętny pocałunek.
Victoria otworzyła oczy. Nie mogła uwierzyć. Nic nie czuła. Patrzyła na zamknięte drzwi łazienki i próbowała ustalić, co się stało. Śniła o Trevorze. Wyznał jej miłość, a ona jemu. Powoli podniosła się z zimnej podłogi i spojrzała w lustro. Na jej policzkach malowały się rumieńce, których nigdy nie miała. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i cicho otworzyła drzwi łazienki. Stanęła w drzwiach sypialni. Dominic słodko spał. Spojrzała na zegarek. Była 45. Równe pięć minut zajęła jej magiczna rozmowa z Trevorem. Położyła się delikatnie obok Nicka i zaczęła rozmyślanie. W końcu postanowiła. Wyjeżdża.
Około godziny 8 Vicky wysłała Dominica do sklepu. W tym czasie szybko się spakowała i zadzwoniła po taksówkę. Kiedy Nick wrócił z zakupami, dziewczyny już nie było. Zostawiła mu kartkę.
„Dominic,
Przepraszam za wszystko, co musiałeś ze mną przeżyć. Za te wszystkie problemy i kłopoty. To się już nigdy więcej nie powtórzy, bo już mnie więcej nie zobaczysz. Wybacz, że cię tak zostawiam bez pożegnania, ale gdybym się żegnała na żywo, to pobiegłbyś za mną. A nie możesz mnie szukać. Nie rób tego. Dam sobie radę sama. Dziękuję za wszystko.
Całuję,
Victoria”
Dominic najpierw nie wiedział o co chodzi, a później wybiegł z domu. Chodził po całym mieście, wypalał jednego papierosa za drugim. W końcu upił się w barze i z pomocą napotkanego po drodze mężczyzny wrócił do własnego domu. Tam spotkała go niespodzianka… Lisa siedziała na jego kanapie.
- Dominic? Jezu, ja myślałam, że porozmawiamy.
- Porozmawiamy – bełkotał.
- Idź spać.
- Pod warunkiem, że pójdziesz ze mną.
Lisa pomogła Nickowi rozebrać się i położyła go do łóżka. Kiedy już opuszczała sypialnię z pewnością, że chłopak śpi, zawołał ją. Odwróciła się powoli.
- Zostań ze mną, proszę.
Uśmiechnęła się tylko i położyła się obok niego w łóżku.
Victoria siedziała na lotnisku, kupiła bilet do Włoch. Cały czas zastanawiała się, czy dobrze robi. Nie było już odwrotu. Jak ją znajdą, to zabiją, to oczywiste. Ale czy jej zależy na życiu? Już chyba nie.





________________

Tak, to właśnie efekt mojej pracy na geografii.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Nadszedł ten dzień. Dzisiaj opuszczała Szkocję. Od słodkiej pobudki Caspra minęły już dwie godziny, a ona nie zdążyła się jeszcze spakować. To dlatego, że Casper cały czas próbował ją od tego odciągnąć. Całował ją, przytulał, dotykał… A ona nie mogła mu się oprzeć. Jednak kiedy do lotu pozostały niecałe cztery godziny, z prędkością światła wpakowała do walizki wszystkie swoje rzeczy. Założyła swoje ulubione botki i skórzaną kurtkę. Casper czekał na nią na dole. Ostatni raz spojrzała na pokój. Wypaliła papierosa i zeszła do recepcji. Wymeldowała się z hotelu i wsiadła do czarnego samochodu kochanka. Mężczyzna zawiózł ją na lotnisko i wyłączył silnik samochodu. Siedzieli tak chwilę w milczeniu, w końcu Casper wysiadł z samochodu. Victoria czekała. W tylnym lusterku widziała, jak kochanek wyciąga z bagażnika jej walizkę. Otworzył drzwi pasażera i wyciągnął do niej rękę. Ujęła ją i po chwili stała już obok niego. Słońce było schowane za chmurami, było szaro i ponuro. Casper trzymał Victorię za ręce.
- Będę cholernie tęsknić. – powiedział.
- Nigdy cię nie zapomnę.
- Ja ciebie też. Spotkamy się jeszcze kiedyś?
- Nie obiecuję. Muszę iść.
Pocałowali się. I Victoria odeszła.
Na lotnisku roiło się od ludzi. Dziewczyna, już po odprawie, zmierzała w strnę fotelu, gdzie siedziała już trójka ludzi. Wyjrzała przez okno. Samolot własnie lądował. Obserwowała go. Co by było, gdyby zginęła w katastrofie lotniczej? Coż, to by coś rozwiązało. Czy Casper by tęsknił? Czy Nickowi byłoby szkoda? Nie wiedziała. Odwróciła wzrok. Obok niej usiadł mężczyzna. Wysoki brunet o znajomej twarzy. Znała go. Przyjrzała się zawiści w jego zielonych oczach. Michael…
- Maya.
- Skąd pan zna moje imię? – zapytała go zmienionym głosem, z udawanym akcentem.
- Wiem więcej, niż myślisz. Dlaczego lecisz do Helston?
- Nie pana biznes.
- Składa się, że biznes. Dlaczego?
- Dla przyjemności.
- To wszystko?
- Wszystko, co powinien pan wiedzieć.
Zadzwonił mu telefon.
- Pani wybaczy.
Kiedy odszedł, Victoria dyskretnie wyciągnęła telefon. Napisała SMS-a do Nicka, który miał czekać na nią na lotnisku. „Michael leci ze mną. Czekaj w domu. Zatrzymam się u Matta.” To nie był zły pomysł. Brat Arriane na pewno nie został przez nich sprawdzony. Oby był jeszcze w Helston i mieszkał dalej pod tym samym adresem.
Po kilkugodzinnym locie Victoria w końcu ujrzała Helston. Michael śledził jej każdy ruch. Celowo wsiadła do taksówki i kazała jechać okrężną drogą do Matta. Cały czas oglądała się do tyłu. Zgubiła go. Gdy poczuła się już bezpieczna, nakierowała kierowcę na dokładny adres mieszkania Matta. Zapłaciła taksówkarzowi, wzięła bagaże i zapukała do domu. Miała nadzieję, że otworzy jej wysoki szatyn o imieniu Matt. Jednak zobaczyła… Nicka! Tylko z innym kolorem włosów na głowie.
- Nick…
Victoria upuściła walizki i rzuciła mu się w ramiona. Pocałował ją w czubek głowy i zabrał do środka.
- Matta nie ma. Jesteśmy sami.
- Muszę ci coś wyznać.
- Nie teraz skarbie.
Zaczęli się namiętnie całować, aż w końcu wylądowali w sypialni.
Kiedy Victoria się przebudziła, Dominic jeszcze spał. Była czwarta rano. Wstała cicho z łóżka i udała się do łazienki. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Miała ochotę rozbić je na kawałki.
- Trevor, gdzie jesteś? – wyszeptała. – Potrzebuję cię. Chciałabym, żebyś mnie przytulił i powiedział, że wyjdziemy z tego gówna razem. Braciszku, odezwij się do mnie. Nie zostawiaj mnie tu samej…
Osunęła się na podłogę. Ściana była zimna, ona była w samej koszulce. Patrzyła na zamglony obraz przed sobą. Łzy całkiem rozmazały jej obraz. Pozwoliła im cicho i delikatnie spłynąć po policzkach… później nie było już nic.




_________


OGŁOSZENIE:
Chcecie nadal czytać to opowiadanie, czy pisać nowe? Zaczęłam inne. Pewnie będzie tak: niedługo skończy się to, a zacznie kolejne. Co Wy na to?


*żyję krwawiąc*
*ludzie przychodzą i odchodzą. a ty musisz się z tym pogodzić*
  • awatar Vampire Diaries (Pamiętniki Wampirów): Genialne <33 Szkoda , że nie została z Casprem :)
  • awatar VIOLETTA I MARTINA STOESSEL: Wow! Czekam na next + ---> kissolunia.pinger.pl
  • awatar Bez Granic ♥: No wiec tak chce byś dokończyła to opowiadanie , bo jest zajebiste i jestem ciekawa co bd dalej < 3ooo Co do rozdziału , to wciągnął mnie po całości ^.^ . Wydaje mi sie , że Trevor wie wszystko , tylko próbuje sie jakoś do niej dostać niepostrzeżenie < 3ooo super rozdział - dosłownie < 3ooo
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
A więc.
Życzę Wam wszystkim lepszego 2014! ♥
Żeby spełniły się wszystkie Wasze marzenia, żeby nadzieja Was nie opuszczała, żebyście poznali fantastycznych ludzi, a żeby stare znajomości nie zostały zerwane. Żebyście byli silni, żebyście wytrwali w postanowieniach. Życzę Wam miłości, przyjaźni, szczęścia, zaufania, nadziei, wytrwałości i akceptacji. KOCHAM WAS WSZYSTKICH, dziękuję za to, że mnie wspieracie. Motywujecie mnie do działania. Jestem z Wami duchem. ♥
NEVER LOSE HOPE. ;*
ŻYCIE JEST PIĘKNE.
 

 
- Poznajesz mnie? – zapytał mężczyzna.
- Powinienem? – Nick dobrze udawał, że go nie zna.
- A jego? – pokazał zdjęcie Trevora.
- Powinienem? – powtórzył Dominic.
Paul wszedł do mieszkania, nie pytając nawet o pozwolenie. Rozglądał się.
- Słuchaj, co ty wyprawiasz? Wynoś się z mojego mieszkania!
- Zamknij mordę i siadaj. – Paul wyciągnął z kieszeni kurtki pistolet i wycelował w skroń Nicka. Teraz Nick siedział na białej kanapie z rewolwerem przy głowie, a Paul zadawał pytania.
- To twoja żona? – zapytał podnosząc z półki zdjęcie opalonej brunetki.
- Nie, siostra.
- Nie podobna.
- Po co przyszedłeś?
- Przyszedłem, żeby zadać ci kilka pytać.
- Kim ty jesteś?
- Ja powinienem o to zapytać. Przyjaźniłeś się z Trevorem?
- Z kim?
- Z nim. – pokazał zdjęcie chłopaka.
- Ah. Mówiłem już, że go nie znam.
- Nie wierzę ci. Victoria Holt.
- Kto?
- Twoja kochanka, głąbie.
- Nie mam kochanki, dziewczyny, żony. Z nikim się nie spotykam i dobrze mi z tym.
- Mówi ci coś imię Maya Michelle Stonem?
- Nie. Powinno?
- Ty mi powiedz.
- Jeszcze jakieś pytania?
- Wyganiasz mnie?
- Nie odpowiedziałeś.
- Ty również. Dobra, i tak jeszcze wrócę. Wiem, że kłamiesz. See you.
Paul zatrzasnął za sobą drzwi. Dominic poczekał dziesięć sekund. Podszedł do okna. Nic nie widział w ciemności, w końcu była 2. Ale słyszał odjeżdżający samochód.
Victoria siedziała na brzegu łóżka. Patrzyła na śpiącego obok Caspra. Położyła się obok niego i pocałowała w czoło. Chłopak obudził się, przyciągnął dziewczynę do siebie i zaczął namiętnie całować.


Obserwowali ją. Wiedziała to. Krążyła po swoim mieszkaniu w Helston. Lisa nie mogła znieść myśli, że przez tą idiotkę i tego bałwana może zginąć. Wszystko wina Trevora. Określenie „Zabiję go” było teraz nieodpowiednie. Wsiadła w samochód i pojechała do Dominica. Była 6.30, kiedy zaparkowała na podjeździe. Zastała właściciela apartamentu w kuchni, przy kubku kawy. Rzuciła torebką na stół i oparła się dłońmi o blat.
- Zwariowałaś? – spojrzał na nią pytająco.
- Dalej jej pomagasz? Zakochałeś się?
- Nie twój biznes, Lis. Sama ją tu przyprowadziłaś.
- Byłeś jedyną osobą, której ufam.
- A co z Ianem? Skoro się pieprzycie to chyba mu ufasz.
- Nie powinno cię interesować, co robię. Chodzi o tą psychiczną laskę, temu tu jestem. Jak ściągnie na mnie tych psychopatów to przysięgam, że ją zabiję.
- Zamknij się! Odwołaj to! – wstał. Patrzył na nią z iskrami w oczach.
- Słodkie. Szkoda, że o mnie nigdy tak nie myślałeś.
- Nie zasłużyłaś, złotko.
- Nawet przed złożeniem papierów rozwodowych tak o mnie nie mówiłeś.
- Może dlatego, że mnie zdradzałaś na każdym kroku.
- Wiesz, że tak nie było.
- Nie?! Kochałem cię! A ty mnie oszukiwałaś całe cztery lata naszego małżeństwa! Brałaś od nich pieniądze, dziwko!
- Nic nie brałam. Kochałam tylko ciebie. I dalej cię kocham, Nick.
- Zamknij się. Gdybyś mnie kochała, to nie zdradziłabyś mnie ani razu. Wynoś się, szmato, Ian na pewno czeka.
- Po 9 latach związku nazywasz mnie szmatą?
- Kochałem cię, zrobiłbym dla ciebie wszystko. Gdyby trzeba było, nawet bym umarł. Skoczyłbym w ogień za ciebie. Odwróciłem się od rodziny i przyjaciół dla ciebie. Zostawiłem ich, żeby być z tobą. Harowałem całymi dniami i nocami żeby być z tobą. Robiłem wszystko, żebyś była szczęśliwa. A ty to odrzuciłaś. Złamałaś mi serce. Starałem się je posklejać, ale mi się nie udawało. Do tej pory jest w kawałkach.
Lisa milczała. Łzy lały jej się po policzkach.
- Powiedz coś. Rezygnuję z ciebie, Liso. Miałem nadzieję, że się zmienisz i że znów będziemy razem. Ale nie mogę popełnić tego błędu kolejny raz.
- Kocham cię, Nick… Przepraszam…
Wybiegła z domu. Popatrzył ostatni raz na jej odjeżdżające auto. Kochał ją najmocniej na świecie, mimo wszystko. Był gotowy rzucić wszystko i jechać do niej, by z nią porozmawiać, by z nią pobyć. Ale wiedział, ile razy go zdradziła. Po prostu jej nie ufał, chociaż kochał.
Mijały tygodnie. Za 4 dni Victoria miała opuścić Szkocję. Była z Casprem, nie chciała go zostawiać. Nie wiedziała, czy to miłość, czy zauroczenie. Ale wiedziała, że nie pozwoli na to, aby ktoś ją wykorzystał. Nikt nie złamie jej serca.



_________________

*Say something, I'm giving up on you.*

Wybaczcie mi, że nic tutaj nie piszę, najzwyczajniej w świecie brak mi czasu. Dziękuję Wam za komentarze, motywują mnie. Więc proszę, jeśli już to czytacie, to skomentujcie, nie musicie mieć konta. Anonimy też zapraszam.

*Never lose hope*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Victoria obudziła się wcześnie rano. Casper nie spał. Gładził jej włosy. Uśmiechnęła się do niego, a on to odwzajemnił.
- Nie bądź zła. – szepnął.
- Powinnam, robisz ze mnie dziwkę.
- Dziwkę? Nie. Nie chciałem tego.
- Chciałeś się ze mną przespać.
- Nie. Chciałem cię poznać. Seks był tylko bonusem.
- Więc co teraz?
- Teraz poznamy się lepiej i będziemy żyli długo i szczęśliwie.
- Długo i szczęśliwie? Wepchnąłeś mi się do łóżka.
- Nie bądź zła.
- Nie jestem, bo było cudownie.
- Cieszę się z tego.
Po wielu długich chwilach para w końcu wstała z łóżka i zjadła śniadanie, które zamówili do pokoju. Nie opuścili hotelu cały dzień. Nawet się nie ubrali, bo po co. Victoria nie myślała już o Nicku. Liczył się tylko Casper.

*

Michael krążył z telefonem w ręce wokół szkockiego hotelu „Paradise”. Wiedział, w którym pokoju mieszka Victoria, pod nazwiskiem Stonem. Maya Michelle Stonem. W końcu znalazł zasięg. Wybrał numer Paula, który odebrał po trzech sygnałach.
- Słucham? Masz ją?
- Nie jestem pewny; inne nazwisko, przefarbowane włosy.
- Typowe.
- Ale ma akcent. Inny akcent. Nie może go udawać, jest typowy dla Szkocji.
- Miej ją na oku.
- Mam cały czas.
- W porządku. Nie mam żadnych śladów w Finlandii. Ale jest dziura. W Helston.
- Co masz na myśli?
- Współpracuje z kimś. Musimy się dowiedzieć, z kim.
- Przyjaciółmi Trevora.
- Prawdopodobnie tak. Znasz ich?
- Niby skąd? Nie mam pojęcia, kim są.
- Wracam tam. Miej na oku dziewczynę.
- Maya Michelle Stonem.
- W porządku, sprawdzę.
Spojrzał jeszcze raz w zamknięte okno pokoju wynajmowanego przez dziewczynę. Zasłony były zasunięte.
- Cholera – powiedział pod nosem i odszedł.

*

Victoria weszła do łazienki, zostawiając na łóżku śpiącego Caspra. Oddzwoniła na telefony od Nicka. Nie przeszkadzało jej, że była 2 w nocy.
- Victoria? Myślałem, że coś ci się stało. Czemu nie odbierałaś?
- Przepraszam, Nick. Zostawiłam telefon w hotelu i wyszłam.
- Okej. Ważne, że nic ci nie jest. Słuchaj, kupiłem Ci bilet, wyśle Ci pocztą. Podpisze się „Aaron Gilbert”. W porządku?
- Pewnie. Dziękuję, że robisz dla mnie to wszystko. Narażasz im się.
- Wiem. Ale dla ciebie warto. – Vicky usłyszała dzwonek do drzwi. – Muszę kończyć, ktoś przyszedł…
- O tej porze?
- Dziwne. Zadzwonię za kilka dni.
Dominic ruszył w stronę drzwi. Zapalił światło na korytarzu i zmrużył oczy. Udawał wyrwanego ze snu. Zapytał zaspanym głosem „kto tam”, ale nie uzyskał odpowiedzi. Zrezygnowany otworzył drzwi wejściowe. Zobaczył… Paula.

______________


nudne, nudne, nudne.
"Do you feel cold and lost in desperation?
You build up hope but failure's all you've known.
Remember all the sadness and frustration.
And let it go. Let it go..."
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Chcę wykrzyczeć wszystko, co siedzi wewnątrz mnie.
Chcę wylać wszystkie łzy, które nie pozwalają mi się uśmiechać.
Chcę powiedzieć wszystko, co leży mi na sercu.
Chcę pozbyć się wszystkiego, co zabija od środka.
 

 
Ale nie zrobiła tego. Chciała żyć. Z Nickiem. W Helston. Musiała przetrwać ten miesiąc. Później jakoś pójdzie. Poleci przecież do Włoch. Z Nickiem. Uśmiechnęła się na tę myśl.
Na zewnątrz robiło się chłodniej. Mimo to Victoria założyła kurtkę i wyszła na spacer. Zwiedzała okolice hotelu „Paradise” w Szkocji. Szła ciemną ulicą, która robiła się coraz bardziej pusta. Coraz rzadziej ktoś ją mijał. Nigdzie się nie spieszyła, jej krok był wolny i równy. Obserwowała swój cień, który wydłużał się i skracał, gdy mijała lampy. Myślała. O Trevorze. O Nicku. O Arriane. Tęskniła za nimi wszystkimi.
Myślała o życiu. Los nie był dla niej łaskawy. Kiedy myślała, że odnalazła szczęście, wszystko się posypało. Trevor został zamordowany przez dwóch psychopatów, którzy teraz szukali jej. Mało powiedziane, czyhali na nią. Chcieli jej śmierci. Dlaczego? Czy jej życie już do samego końca będzie tak wyglądać?
Dlaczego Paul i Michael zajmowali się takimi rzeczami. Dlaczego nikt ich nie powstrzymywał? Przecież oni byli potworami. Torturowali, a potem może nawet zabijali niewinne osoby. Bezbronne osoby. Co one im zrobiły? Nic. Czerpali radość z tego? Pewnie tak. Bo po co mieliby to robić? Czyhali na nowe „zdobycze” w każdym klubie dyskotekowym, mieli swoich ludzi. To nie było normalne.
W pewnym momencie zawiał wiatr. Czerwone loki zakryły Victorii twarz. Poczuła szarpnięcie ciałem, ciepły oddech na karku, a potem dłoń na jej szyi. Odwróciła się gwałtownie. W ciemności niewiele widziała. Mężczyzna był od niej wyższy o głowę. Musiał ćwiczyć na siłowni, mięśni takich jak jego się nie zdobywa się od tak.
- Nie powinnaś chodzić tędy sama, po ciemku. Ktoś mógłby cię porwać.
Nie poznała głosu. To dobrze. Nie był to żaden z dwóch psychopatów ścigających ją. Patrzyła na jego twarz, ale nic nie wyróżniła. Poza uśmiechem pokazującym zęby.
- Nie przejmuj się, nic mnie nie trzyma przy życiu.
Czy skłamała? Nie.
Nic jej tutaj nie trzymało. Mogłaby bez żalu znaleźć się po drugiej stronie. Nick, Arriane… Nie. Mogła umrzeć. Bez żalu. Zrozumiała, że nie tęskni za Nickiem, bo go nie kocha. Tęskni za bliskością. Bo to coś, co od niego dostała. Coś, czego nie miała nigdy wcześniej. Tak bardzo nie chciała tęsknić, a jednak.
- Czemu tak myślisz? – odezwał się nieznajomy.
- Po prostu, takie mam życie. – uśmiechnęła się.
- Jestem Casper.
- Maya, miło poznać. – zawahała się trochę.
- Ładne imię.
Szkoda, że nie moje prawdziwe.

- Odprowadzić cię? Gdzie mieszkasz?
- Przyjechałam tu na jakiś czas, mieszkam w hotelu za rogiem.
- Naprawdę? Ja naprzeciwko tego hotelu. Mówimy o Paradise?
- Tak, zgadza się.
- Elegancko. Chodźmy.
Rozmowa im się kleiła. Okazało się, że Casper wychował się w domu dziecka, tak jak Vicky. Przed hotelem dziewczyna zdała sobie sprawę, że przemarzła.
- Zimno. Będę lecieć.
- Nie zaprosisz mnie na górę?
- Po co? Już późno.
- Noc się dopiero zaczyna.
- Daj spokój. Jestem zmęczona.
- Nie daj się prosić.
- Nie, do zobaczenia.
Dziewczyna poszła szybkim krokiem na górę i zamknęła się w pokoju. Ściągnęła z siebie ubranie i weszła pod prysznic. Zimna woda otrzeźwiła jej umysł. Dobrze jej zrobiła.
Po skończonej kąpieli owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. Zamarła. Na jej łóżku siedział Casper. Ten, którego poznała piętnaście minut wcześniej. Patrzył na nią, jakby była obrazkiem.
- Jak tu wszedłeś?
- Jestem współwłaścicielem.
- Imponujesz.
- Materialistka. Śliczna materialistka.
Podszedł do niej i objął w pasie. Spodobało jej się to. Pozwoliła mu na więcej… Zaczął całować ją po szyi, dekolcie… Wziął ją na ręce i przeniósł na łóżko. Zrzucił z niej ręcznik. Nie protestowała. Jej dłonie wędrowały po jego ciele. A on doprowadzał ją do szaleństwa z każdą sekundą coraz bardziej…



_____________

Ten rozdział nie tak miał wyglądać, przepraszam. ♥

*Zawsze tam, gdzie Ty.*
*Wherever You go just always remember, that You got a home for now and forever. And if You get low just call me whenever: this is my oath to You.*
K. ♥
Mam najlepszych przyjaciół na świecie. ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›